Napisali o nas

I miejsce Korony Reklamy 2014

Informacja w loklanym wydaniu Gazety Wyborczej z dnia 13.02.2014r., o zdobyciu drugi raz z rzędu pierwszego miejsca przez Naszą firmę w konkursie Korony Reklamy, organizaowanego przy okazji targów RemaDays 2014.

Czytaj dalej

Biebrza z nieba

Po biebrzańskiech bagnach, największych w Eurpie, oprowadzał – Król Biebrzy – Krzysztof Kawenczyński, zapraszam.

Czytaj dalej

Lot nad Biebrzą

Lot nad Biebrzą

Ponieważ ma to być wielka niespodzianka dla dwójki naszych dzieci, ukradkiem pakujemy niezbędne rzeczy. Startować będziemy z samego serca Biebrzy – Goniądza – zaś w drodze powrotnej odwiedzimy naszą rodzinę w Białymstoku. I właśnie tym rodzinnym spotkaniem tłumaczymy nasz nieoczekiwany wyjazd.

 

Trochę jak na złość mam więcej zajęć w pracy,  wyruszamy z małej mazowieckiej wioski już po godzinie dwudziestej pierwszej. Gnamy samochodem, ile fabryka dała, ale i tak dopiero około północy meldujemy się w umówionym gospodarstwie agroturystycznym w Goniądzu. Gospodarze są na tyle mili, że zgodzili się nas ugościć tylko przez jedną noc.

 

Pakujemy dzieci do łóżek, pamiętając, że o czwartej rano musimy być na nogach. Oboje z żoną pilnujemy się, żeby choćby półsłówkami nie wydać tajemnicy przed czasem.

 

Męska przygoda

 

Zasypiamy po nastawieniu pięciu budzików, ale i tak z przejęcia wstajemy wcześniej. Dzieciaki, zaspane i obruszone, ściąganiem ich z łóżek o tak niechrześcijańskiej porze, marudzą: „Tato, dlaczego? Mamusiu, powiedz mu…”.

 

Przed domem, w którym nocowaliśmy, czekają już samochody organizatorów. Na szczęście nie mają żadnych napisów w zrozumiałym dla dzieci języku, więc tajemnica wyprawy wciąż jest utrzymywana.

 

Wertepami, rozchlapując kałuże, jedziemy na skraj Biebrzańskiego Parku Narodowego. Zaczynamy rozpakowywać przyczepy. Tu niespodzianka dla nas. Okazuje się, że mistrz baloniarstwa wyszykował nam lot dwoma balonami, a nie jednym, jak umawialiśmy się korespondując przez wiele miesięcy.

 

Pomagamy ekipie. Rozciągamy czasze balonów, układamy linki – wszystko pod fachowym okiem baloniarzy. Synek trochę mniej się udziela. Nie dlatego, żeby się bał latać balonem, po prostu latania nie było w planach na dzisiaj i musi upłynąć chwila, zanim wdrukuje przygodę do dziennego kalendarza.

 

Baloniarze włączają palniki, które będą ogrzewały powietrze naszych balonów. Długie, kilkumetrowe jęzory ognia przekonują wreszcie synka, że będzie miał do czynienia z prawdziwą męską przygodą. Teraz i on włącza się do pomocy. Przyda się każda para rąk, choćby siedmioletnich.

 

Nasze statki powietrzne wypełnione już są rozgrzanym powietrzem. Z losowania wypada, że ja i synek będziemy lecieć w pierwszym balonie, nasze panie zaś za nami. Wskakujemy do koszy.

 

Cicho, sza

 

Pierwsze zdziwienie – właściwie nie odczułem momentu oderwania od ziemi. Latałem już różnymi urządzeniami, ale lotu balonem nie da się z niczym porównać. Płyniemy w powietrzu łagodnie i cichutko, jak w marzeniach sennych. Żadnego warkotu, szarpnięć, sama elegancja.

 

Na ziemi było lepko, zimno i nieprzyjemnie, a tu w górze, ledwo przebiliśmy się przez poranne mgły, olśniewająco jasno, ciepło i bezpiecznie.

 

Gdzieś w oddali na biebrzańskiej równinie kładzie się cień naszego balonu otoczony świetlnym halo. Z wysokości kilkuset metrów widzimy, jak budzą się rozlewiska, ale ponieważ niczego, naprawdę niczego, nie słychać, wrażenia są jakieś… nierzeczywiste.

 

O! Na horyzoncie stado saren susami gna przez mokradła. Odprowadzamy je wzrokiem, a one, mimo przebytego dystansu i znacznego upływu czasu, nie zmieniają tempa biegu.

 

Wodne okulary

 

Tuż pod nami, za krzakiem, mama klempa niechętnie budzi małego łoszaka. Podnoszą głowy w górę, przyglądając się powietrznym intruzom. Człapiąc, odchodzą w stronę chaszczy, w których nie będzie już ich widać. I zostawiają za sobą sznureczek śladów, takich jak… Właśnie! Pełno tu takich ścieżynek, aż dziwne, że do tej pory nie przyszło mi do głowy, że te równe kreski to dróżki wychlapane przez dzikie zwierzęta.

 

Dokładnie tak – wychlupane. Po obniżeniu lotu doskonale bowiem widać, ze to, co do tej pory braliśmy za trawę godną stadionu Wembley, jest nadwodną roślinnością, pod którą kryją się mokradła.

 

„Tato, tato, a tam. Zobacz! Wodne okulary!”. Rzeczywiście, sami oceńcie.

Wylatujemy nad serpentynę rzeki Biebrzy. W dole snują się jeszcze mgiełki. Widzimy, jak dwie pychówki, płynąc sąsiednimi zakolami, zbliżają się nieuchronnie do siebie. Za chwilę być może się stukną. Machamy do rybaków. Nieskutecznie.

 

Biebrznięci

 

Pilot odwraca nas w stronę wschodu słońca. W czasie lotu ciągle coś zapiera dech, ale teraz przed sobą mamy taki widok, że klękajcie narody. Scenografowie „Władcy Pierścieni” musieli latać nad Biebrzą! Wszędzie blask słońca, a widnokrąg pływa w nierzeczywistych kolorach, miękkich konturach i tęczowych refleksach.

 

Mijamy meandry rzeki i wlatujemy nad stały ląd. Powoli szykujemy się do przyziemienia. I rzeczywiście, przyziemiamy zdrowo. O ile bowiem naszym dziewczynom, to znaczy ich pilotowi, udaje się idealnie wylądować na wybranej wcześniej dróżce, o tyle nas balon ciągnie z koszem po ziemi. Wreszcie prawdziwa adrenalina!

 

Wyskakujemy z koszy, pomagamy zwijać urządzenia i cały czas gadamy, gadamy, gadamy.

Nasi piloci chwalą pogodę, gratulując nam aniołów stróżów – dawno nie było tak pięknie i cicho. Nie było też jeszcze komarów, które na ogół są zmorą biebrzańskich wędrowników. Wszystko udało się idealnie.

 

W nagrodę dorośli mają prawo zanurzyć usta w lampkach szampana, a dzieci, po ułożeniu na zwiniętych czaszach balonów, zostają sprzączkami zapięć pasowane na pilotów.

 

Dziękujemy! To była naprawdę przygoda życia.

Spróbujcie, też poczujecie się biebrznięci.

Czytaj dalej

Dmuchana banda w Krośnie

Dmuchana banda w Krośnie

W czwartek rozpoczął się montaż dmuchanej bandy przy torze żużlowym na stadionie przy ul. Legionów. Cały koszt dostawy i zainstalowania „dmuchawca” wyniósł 65 880 złotych. Montuje go firma Tent Grupa s.c. z Białegostoku. W piątek do Krosna miał przyjechać sędzia Ryszard Głód, który zająć miał się przeprowadzeniem weryfikacji krośnieńskiego toru.

Czytaj dalej

Inaczej patrzę na Ziemię

Inaczej patrzę na Ziemię

Razem z Marianem Puszem piliśmy kolejne piwo. Staliśmy przy kiosku, którego już nie ma i rzucaliśmy szalone pomysły: -A może by tak wyprawić się „maluchem” dookoła świata? A może polatać balonem?

Był 1975 rok, studiowaliśmy na Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Żyliśmy w zamkniętym kraju, szarym mieście, ale mieliśmy po 25 lat i wydawało nam się, że wszystko jest możliwe. Zdobycie balonu też!

Szybko jednak okazało się, że nie uda się go kupić w żadnym sklepie. Że musimy zbudować go sami. Ale jak? Z czego?

Sport balonowy, chociaż to chluba Polski przedwojennej, był na wymarciu. Żyło jeszcze trzech pilotów balonowych (Stefan Makne, Ireneusz Cieślak i Józef Zych) i to od nich dostaliśmy bezcenne rady. Na podstawie rysunku, który dziś jest w archiwum Klubu Balonowego, krok po kroku realizowaliśmy nasze marzenie.

To były czasy kiedy wszystko musieliśmy zdobywać, o wszystko walczyć. Każdą rzecz „wyjeździć”. Ciągle byłem w trasie. Żeby było taniej noce spędzałem w pociągu, w dzień załatwiałem sprawy. Materiał na powłokę zamówiliśmy w Bielawie, gumowanie w Grudziądzu, kosz ratanowy zrobił wikliniarz spod Poznania. Obręcz nośną (10-metrową stalową rurę) cudem kupiliśmy w Katowicach i z moją przyszłą żoną przywieźliśmy z przesiadkami, tramwajem do Gliwic. Dziewczyny z białostockiego Bielpo zszyły ze sobą tak jak skórki od banana 440 kawałków materiału o powierzchni 800 m2. Tytaniczna praca! Później trzeba było je laminować (żeby balon był szczelny). Sami wycinaliśmy cienkie paseczki materiału i kleiliśmy, żeby powietrze nie uciekało przez szwy. A ile przy okazji nawdychaliśmy się kleju!

W tym wszystkim było coś niesamowitego. Dla nas to był zryw studencki, szaleństwo. Dla dziewczyn, które szyły, coś kompletnie nie racjonalnego. Żadna z nich nigdy nie widziała balonu na żywo. Kierowniczka produkcji się dziwiła: -Balon będzie rósł i rósł, to jak przejdzie przez drzwi?

Był 1978 rok. W Warszawie zobaczyłem plakat, na którym pysznił się balon obwieszony flagami różnych krajów. Fidel Castro zapraszał na Kubę na Festiwal Młodzieży i Studentów. Skoro zapraszał… musimy lecieć!

Władze kupiły pomysł. Nasz balon to była świetna akcja propagandowa dla całego bloku wschodniego. A na taką nikt z decydentów PRL nie żałował pieniędzy. Sam Castro wydał zgodę na nasz przelot. Na zebraniu słuchaliśmy kubańskich poleceń: „Polecicie tędy, skręcicie, dalej prosto, zawrócicie!”. Śmialiśmy się w duchu, bo przecież balon pod wiatr nie poleci.

Z balonem zjeździłem cały świat. Nie sposób wyliczyć krajów, w jakich byłem. Szczególnie zapamiętałem Australię. Pojechaliśmy tam w 1988 roku, bez pieniędzy, w ciemno, żeby wziąć udział w zawodach balonów na ogrzane powietrze. Trasa wiodła z brzegu Oceanu Indyjskiego (Perth) na brzeg Oceanu Spokojnego (Sydney).

Lecieliśmy nad Canberrą. Patrzymy w dół, na ulicach wielki korek. Ludzie jadący do pracy nie spodziewali się balonu. Przeżyli szok. Zadzierali głowy do góry i szczęście, że nie skończyło się to kraksą. Nasz lot szczególnie przeżyli Polacy z emigracji solidarnościowej stęsknieni za Polską.

Patrzę w niebo, a nade mną balon – opowiadał mi później jeden z nich. – I to w dodatku z napisem „Białystok”. Myślę: Chyba zwariowałem, to nie możliwe… Przecieram oczy. I widzę biało-czerwoną flagę.

Pisały o nas australijskie gazety, telewizja zrobiła film.

Całe moje życie podporządkowane jest jednej pasji – balonom. To ona nadaje mu sens. Na początku marzyłem, żeby tylko wznieść się w niebo, później fascynowało mnie latanie sportowe, zawody, teraz prowadzę firmę, która ma w ofercie pasażerskie loty balonem, reklamę pneumatyczną. I wciąż każdy lot sprawia mi przyjemność.

Czytaj dalej

Z głową w chmurach

Z głową w chmurach

Od wieków ludzie pasjonowali się lataniem. Pragnienie wzbicia się w powietrze towarzyszyło chyba każdemu człowiekowi, nie każdy jednak ma na tyle odwagi i determinacji, żeby spełniać marzenia. Pamiętamy przecież jak skończył mityczny Ikar, który poszybował w stronę słońca, ale zapłacił za to najwyższą cenę.

Wszystko zaczęło się ponad 200 lat temu, kiedy to francuscy bracia Montgolfier zauważyli unoszące się nad ogniem kawałki papieru i doszli do wniosku, że gorące powietrze jest lżejsze od chłodnego. W czerwcu 1783 roku w Annonay odbył się pierwszy publiczny pokaz lotu papierowego balonu. Balon o średnicy 12 metrów poleciał ponad 2000 metrów. Tak zaczęła się historia baloniarstwa. Pomimo, że od tego czasu technika mocno się rozwinęła, komfortowy i bezpieczny lot samolotem jest codziennością, a wyprawy w kosmos też nikogo nie dziwią, podróżowanie balonami ma nadal wielu fascynatów.

Jak twierdzą piloci balonów, baloniarstwo nie jest łatwym sportem. Wymaga sporo cierpliwości i pokory. Człowiek wstaje przed świtem, kładzie się spać późno w nocy, gdyż najlepiej lata się tuż po wschodzie słońca lub tuż przed zachodem. Wówczas nie ma ruchów zimnych i ciepłych prądów, powietrze jest stabilne, a ziemia nie nagrzana. To są najlepsze warunki do lotów.

Ale nie zawsze jest tak spokojnie. Najbardziej ekscytujące są chyba lądowania. Nigdy dokładnie nie wiadomo, gdzie balon zostanie zniesiony przez wiatr. Czasem można wylądować na podmokłym polu bez możliwości dojazdu, a czasem przy lądowaniu kosz się wywraca, a wiatr ciągnie balon jeszcze kilkaset metrów.

Najwspanialej jednak jest chyba kilkaset metrów nad ziemią, gdzie człowiek jest sam, a wokół tylko chmury i cisza, jakiej nie zazna się nigdzie indziej. Dla takich chwil warto żyć. Człowiek uświadamia sobie jak małą jest istotą, a jednocześnie jak wiele jest w stanie osiągnąć.

Baloniarstwo jest sportem dla każdego. Aby zostać pilotem należy zaliczyć kurs teoretyczny w aeroklubie, stowarzyszeniu lotniczym lub prywatnej firmie prowadzącej takie szkolenia. Koszt takiego kursu to kilkaset złotych. Trzeba również zaliczyć kurs praktyczny pod okiem uprawnionego instruktora pilota. W tym czasie odbywa się około 20 lotów. Za kurs praktyczny należy zapłacić 10 000 złotych. Zostaje jeszcze do zdania egzamin i licencję pilota ma się w kieszeni.

Aby latać balonem, nie trzeba od razu robić licencji.  Każdy może zabrać się na lot pasażerski w firmach, które świadczą tego typu usługi. Koszt takiej przyjemności to 400 zł za osobę za godzinę lotu.

Nie każdy wie, że Białystok jest  balonową stolicą Polski. Już w 1975 roku przy Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku powstał Klub Balonowy. Założycielem klubu był Andrzej  Ćwikła, obecny współwłaściciel firmy Tent Grupa. Początki nie były łatwe. W czasach, kiedy nic nie było dostępne w sklepach, o balonach nawet nie było mowy. W związku z tym grupka zapaleńców sama musiała zbudować pierwszy balon. Najpierw musieli załatwić 1000 metrów materiału, odpowiednio go przygotować i pozszywać. Potem został zrobiony kosz z wietnamskiej trzciny, cudem została kupiona 8-metrowa obręcz nośna i w połowie roku 1978 balon był gotowy. Obecnie białostocka ekipa pilotów balonowych jest nie tylko w czołówce krajowej, ale również światowej. Od kilku lat w Białymstoku organizowane są Międzynarodowe Zawody o Puchar Firmy TENT GRUPA w ramach Pucharu Polski.

Ósma tego typu impreza odbędzie się 21-23 czerwca.

Czytaj dalej

Poznajcie ich

TENT GRUPA to firma posiadająca wysoce wykwalifikowaną kadrę – od działu marketingu i sprzedaży, poprzez grafików po produkcję. Produkty grupy ubarwiają kampanie reklamowe wielu firm.

Młodzi i ambitni ludzie, dążą do perfekcji starając się realizować indywidualne potrzeby klientów. Grupa od lat współpracuje z firmami z agencji wielu krajów Europy między innymi: Niemiec, Danii, Austrii i Hiszpanii. Firma dąży do uzyskania pozycji europejskiego lidera reklamy outdoorowej.

Ciekawostki o grupie:

  • Dwie załogi balonowe z firmy TENT GRUPA s.c. reprezentowały Polskę na Festiwalu Balonowym zorganizowanym w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
  • Łącznie startowało 75 drużyn z różnych krajów. Oczywiście balony wykonane zostały przez  grupę. Elżbieta Dzikowska, żona i współtowarzyszka znanego podróżnika Tony’ego Halika, postanowiła uwiecznić na fotografiach bagna biebrzańskie w trakcie różnych pór roku. Nie mogłaby tego dokonać, gdyby nie loty balonem na ogrzane powietrze. Wszystko to, dzięki firmie TENT GRUPA s.c.

Przedstawiamy realizację gigantycznego balonu w kształcie pandy, wys. 17 m. Panda od 1 czerwca stoi na Cepelii w Warszawie i promuje film „Kung Fu Panda”.

Okazuje się, że rzeczy z pozoru niemożliwe, stają się możliwe…

Czytaj dalej

Ponad problemami

Ponad problemami

Władysław Bohojło i Andrzej Ćwikła właściciele Tent Grupy z Białegostoku, zarabiają na swojej największej pasji, więc uważają się za szczęściarzy. Ta pasja to balony – zaczęli od latania, a potem postanowili zarabiać na reklamie. Dziś ich firma jest absolutnym liderem w branży.

 

BAKCYL POŁKNIĘTY

Ponad 30 lat temu, jako studenci pedagogiki w Białymstoku, postanowili zbudować balon na gaz. Nie było to łatwe.

– Balony były wtedy pod szczególnym nadzorem. Są niewykrywalne przez radary, więc władze bały się, że można nimi uciec za granicę – opowiada Władysław Bohojło.

Na szczęście uczelnia nie widziała takiego zagrożenia i w 1975 roku ich balon powstał. To wtedy ostatecznie połknęli bakcyla baloniarstwa. Kiedy skończyli studia, nie widzieli swojej przyszłości w szkole.

– A nuż jakiś dyrektor nie dałby nam urlopu i nie puścił na zawody? – mówi Andrzej Ćwikła.

 

PEDAGODZY RZEMIEŚLNIKAMI

Założyli zakład rzemieślniczy przetwarzający tworzywa sztuczne.

– Szukaliśmy działalności, w której nie byliśmy związani sztywnymi godzinami pracy. A że mój tata był rzemieślnikiem, to pomagał nam wprowadzić się do branży – tłumaczy Władysław Bohojło.

Na zagranicznych zawodach balonowych widzieli różne przedmioty z tworzyw sztucznych i wprowadzali je w Polsce.

– Naszym pierwszym produktem była końcówka na wąż do podlewania z regulatorem strumienia wody. W Polsce była to nowość, więc nie mieliśmy kłopotu ze sprzedażą. Większym problemem było znalezienie odpowiednich materiałów – opowiada Władysław Bohojło.

Produkowali także naczynia i pojemniki dla laboratoriów. A po kilku miesiącach zarabiania – lecieli na zawody.

 

WZLOT

Podczas jednego z wyjazdów zwrócili uwagę na balony reklamowe.

– Zastanawialiśmy się, czy mają szanse powodzenia w Polsce. U nas nikt ich nie robił. Postanowiliśmy zaryzykować – wspomina Andrzej Ćwikła.

Widzieli za granicą bardzo dobre maszyny do produkcji balonów, ale ich nie kupowali.

– Stać nas było tylko na zrobienie zdjęcia, na podstawie którego budowaliśmy taki sprzęt u nas – mówi Władysław Bohojło.

Tent Grupę założyli w 1991 roku.

– Wtedy praktycznie nie było u nas innej reklamy niż szyldy, nie było nawet banerów. Wielu klientów nie akceptowało takiej reklamy. Była chyba zbyt niestandardowa jak na tamte czasy – uważa Andrzej Ćwikła.

Postanowili spróbować z firmami zagranicznymi. I tu jednak trafili na przeszkodę.

– Zachodnie firmy uważały, że na pewno nasz produkt jest słaby jakościowo. Najczęściej przywoziły balony od siebie. Ale nie staliśmy w miejscu. Doszliśmy do pewnego poziomu i udało nam się przekonać PepsiCo. To był przełom – wspomina Władysław Bohojło.

 

GIGANT NA PAŁACU

Dość szybko pojawiły się zamówienia niestandardowe- najpierw balon w kształcie motocykla, potem m.in. słonie, fotele, butelki. Wreszcie przyszedł czas na giganty, np. 20-metrowego King Konga, który wspinał się po warszawskim Pałacu Kultury i Nauki, chodzącą po ścianie wieżowca tarantulę, 17-metrowego św. Mikołaja.

– Giganty wymagają mnóstwa pracy konstrukcyjnej – najpierw w komputerach, potem przy szyciu. Materiał waży nawet po 300 kilogramów, a produkcja trwa łącznie około miesiąca – opowiada Andrzej Ćwikła.

Dziś Tent Grupa to absolutny potentat na krajowym rynku. Ma w ofercie m.in. balony standardowe i o nietypowych kształtach, urządzenia rekreacyjne, namioty i balony latające. Reklamę na nich zamawiają największe polskie firmy, a około 15 proc. trafia na eksport, m.in. do Niemiec, Belgii, Szwecji i do Estonii.

Firma organizuje też i obsługuje imprezy. Na początku czerwca urządza siódme już Międzynarodowe Zawody Balonowe o puchar Tent Grupy (rozgrywane w ramach Balonowego Pucharu Polski). Jej balony są także wykorzystywane np. podczas kolarskiego Tour de Pologne i Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem.

 

BEZ CIŚNIENIA NA ZYSK

Praca pracą, ale dla wspólników Tent Grupy i tak najważniejsze jest latanie.

– Kiedy człowiek jest w powietrzu, zupełnie inaczej żyje. Nabiera drugiego oddechu, jest ponad problemami. To zupełnie inne spojrzenie na świat – uważa Andrzej Ćwikła.

– Przemierzamy ogromne przestrzenie. Wprawdzie balon jest powolny, ale sterowanie nim jest ograniczone i nie wiemy, na którym polu i za którym lasem wylądujemy. To fantastyczne, że udało nam się połączyć pasję z pracą. Ale naszym celem nie jest zarabianie pieniędzy. Najważniejsze to się realizować, bez ciśnienia na zysk – dodaje Władysław Bohojło.

Czytaj dalej

Se Shrekiem na pokraj sil

Se Shrekiem na pokraj sil

Bydlí v bažině, je zelenỳ, neuvěřitelně ošklivỳ a taky dobrák od kosti. Nemůžete si ho splést s nikỳm jinỳm. Veleǔspěšny první díl vyvolal shrekománii, která zasáhla Ameriku, Europu a další kontinenty silou tsunami. Není proto divu, že se na netrpělivě očekávnỳ druhỳ díl distributoři v sousedním Polsku dobře připravili. Uvedení do kin provázela ve Varšavě promotion v podobě hlavních postav, trůnících vysoko nad hlavami chodců.

Když v červnu zahajoval druhỳ díl vítězné tažení Varšavou, navštívili kino i ti, kteří by jinak třeba zapomněli. Na obchodním komplexu Galeria Centrum, ležícím na jedné z nejrušnějších ulic ve středu metropole, film totiž nepřehlédnutelně připomínali Shrek, Oslík a kocour v nadživotní velikosti. První dvě postavy były dílem vỳrobce nafukovadel Tent z Białystoku, třetí je vyroben z polystyrenu.

Nestihneme!?
„Nabídku vyrobit Shreka jsme dostali koncem dubna, hotovo mělo bỳt na konci května… Privní reakcí naší produkční było – To se nedá stihnout!” vzpomìná Andrzej Ćwikła, jeden ze tří spolumajitelů firmy. Jako optimista, zvyklỳ řešit neřešitelné se však nakonec s ostatními spolumajiteli dohodl, že zakázky půjdou. „Ve chvíli, kdy jsme začali Shreka vyrábět, přišel zadavatel s tím, že chtějí také oslíka. Dvě složitá nafukovadla už doopravdy nebylo možné vyrobit za čtyři tỳdny, takže jsme se dohodi, že oslíka dodáme o tỳden později.” Vỳroba Shreka nakonec zabrala rekordní tři tỳdny a pracovali na ní čtyři designéři, čtyři švadleny a produkční.

Poskládanỳ jako puzzle
Zadavatel zakázky, agentura EMPiK Comfort Media, dodala Tentu fotomontáž, na které byli Shrek a oslík umístěni na Galeria Centru, zatím jen virtuálně. To był jedinỳ podklad. „Neměli jsme trojrozměrnou podobu Shreka ani Osla, jen obrázky, takže jsme po velmi rafinowanỳch analỳzách tvarů museli vyrobit pro obě postavičky plastelínovỳ model vysokỳ dvacet centimetrů,” popsal zrození zlobra Ćwikła. „Jeho vytvoření zabralo dvěma designérům asi 10 hodin. Na základě modelu vznikla forma, která była posléze desetkrát zvětšena. Tu jsme následně zkopírovali na polyetylenovu fŏlii s PVC zátěrem, vystříhali jednotlivé díly a sešili je dohromady. Vznikl dva metry wysokỳ nafukovací model, kterỳ zadavatel schválil. Teprve pak jsme začali s „velkỳm” sedmnáctimetrovỳm Shrekem. Podklady pro potisk tkaniny nám udělalo Classic Studio, společnost, která pro nás navrhuje atypické grafiky. Vyšli z naší matrice a vyrobili počítačově zpracovanỳ střih včetně barevného pojednání. Pak už jsme jenom zadali tiskárně nadefinovanou grafiku a potištěnỳ materiál – celkem 150 různỳch částí – jsme vystříhali a sešili. Stejnỳm vỳrobnim procesem prošel o tỳden později i oslík.”

Totálně zničení
Instalace była zahájena v noci z 31. května na 1. června. Jeden ze šěfů, Lech Pobiełło, ještě s kolegou dovezli Shreka około jedenácté večer do Varšavy. „Tady už na nás čekala instalační četa,” popisuje Pobiełło náročnou práci. „Nepovolili nám použtí jeřábu, takže jsme museli zabalené nafukovadlo vytáhnout nahoru vlastními silami. Nebyla to žádná legrace, celỳ balík vážil około 300 kg. Był omotán tolika šňůrami, že vypadal jako obalenỳ pavučinou. Největším problémem však była asi sedmdesát centimetrů vysoká ochranná bariéra, lemující právě tu část budovy, na které je Shrek umístěn. Musela se v jednom místě rozebrat, aby si měl zlobr kam „přehodit nohy”, což trvalo asi hodinu. V průběhu tahání jsme zničili ventilátor, ale naštěstí jsme měli náhradní. Instalace skončila około šesté ráno a my dorazili domů asi v devět, ǔplaně zničení.”

Monika Kuncová

Czytaj dalej

Latająca reklama

Latająca reklama

W drugim dniu targów Euro- Reklama zapraszamy Państwa na konferencję „Balony na podgrzane powietrze, jako nośniki reklamy”. Konferencja organizowana przez MTP i Guma Test z Warszawy została objęta patronatem medialnym przez nasz magazyn. Podczas konferencji zostaną poruszone najważniejsze kwestie dotyczące balonów na podgrzane powietrze oraz ich wykorzystania w reklamie. W gronie wykładowców znaleźli się między innymi: Leszek Piecyk (Guma Test, Warszawa), Andrzej Ćwikła (Tent, Białystok), Andrzej Rogowski (balon Czarter, Gdynia). Konferencja odbędzie się w Sali nr 402 w pawilonie 23 na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, w dn. 9 kwietnia w godz. 11-14.

Z Andrzejem Ćwikłą, właścicielem Firmy Tent ,rozmawia Krzysztof Ośmiałowski

Do kogo kierowana jest Państwa oferta?

Oferta firmy TENT skierowana jest do szerokiej grupy klientów reprezentujących różne dziedziny gospodarki. Z naszych usług korzystają firmy polskie, jak i zagraniczne. Obsługujemy miedzy innymi takie firmy jak: DĘBICA, FIAT, POCZTA POLSKA, KREDYT BANK, PLUS GSM, browary, firmy ubezpieczeniowe, telewizję, radio. Balony reklamowe naszej produkcji „pracują” m.in. na największej krajowej imprezie, jaką jest TOUR DE POLOGNE.

Dlaczego balon, jako nośnik reklamy?

Oryginalność balonów wyróżnia je wśród konwencjonalnych form reklamy. Najlepszą okazją do prezentacji balonów na wolnym powietrzu- niezależnie od pory roku- są miedzy innymi takie imprezy jak: zawody sportowe, rajdy, festyny, koncerty itp. Podczas których zwracają one szczególną uwagę obserwatorów. Należy jednak podkreślić przede wszystkim, iż są to balony standardowe przypominające swym kształtem balony latające. Balony o nietypowych kształtach odwzorowują produkt firmowy np. butelki, opakowania, puszki, telefon komórkowy i wiele innych.

Charakteryzują je duże walory użytkowe np. brama spełniająca funkcje META-START, są łatwe w transporcie, rozstawianiu oraz bezpieczne w trakcie użytkowania z racji tego, iż są one urządzeniami pneumatycznymi.

Pneumatyczne urządzenia rekreacyjne: mini- koszykówka, ścianka wspinaczkowa, boisko piłkarskie, hula-kula (balon- huśtawka), bramka z celnością i pomiarem prędkości strzału- są urządzeniami, z których korzystanie jest bardzo przyjemną i ciekawą formą wypoczynku i zabawy.

Czy ten segment usług reklamowych ma szanse rozwoju?

Firma TENT produkcję swoją zaczynała od balonów standardowych. Nabywanie doświadczenia, wdrażanie nowych technologii i materiałów doprowadziło, iż na dzień dzisiejszy jej oferta obejmuje 7 działów. Jest to dowód na to, że ten segment usług reklamowych się rozwija i wg nas będzie rozwijać się nadal.

Czytaj dalej

Balonowy odlot

Balonowy odlot

„Marzysz, by latać od wieków. Mieć własne skrzydła dla siebie. Chcesz, bardzo słaby człowieku, szybować po jasnym niebie”. Ta pieśń o baloniarzach porusza najskrytszy nerw. To sport dla romantyków, arystokratów, nerwicowców. Różnie mówią. Ich bogami są szaman, czyli synoptyk i wiatr. A wszystko zaczęło się pewnego dnia ponad 200 lat temu, gdy francuscy bracia Montgolfier zauważyli, że falbany rozwieszonej na sznurku, jeszcze gorącej po prasowaniu spódnicy lekko unoszą się ku górze. Doszli do wniosku, że ogrzane powietrze jest lżejsze od chłodnego.

 

 W niebo

Wczesny ranek. Wiatr porusza leniwie konarami drzew, nad łąkami ścielą się wilgotne mgły, pieją koguty na pobudkę. Zaspana załoga – Dariusz Brzozowski i Andrzej Ćwikła, piloci z Białegostoku wyciąga z przyczepy wielką wiklinową gondolę i zwoje materiału, który rozciąga się po polu jak dżdżownica. Do kosza przytwierdzają palnik. Ciszę zakłóca tylko szum puszczanego gazu i buchający, jak z bajek o smoku strumień ognia. Wentylator odpalony. Cielsko balonu podnosi się powoli do pionu i puchnie, puchnie… 200, 300 kg. Jeszcze podskakuje, jeszcze szamocze się na uwięzi i coraz bardziej wyrywa się prawom ciążenia. Chłopaki siedzą już w gondoli. Obijając się o siebie, montują GPS-y (nawigacja satelitarna), kompasy, wiatrometry, mapy, barograf. Brzuch balonu rośnie jeszcze bardziej. Załoga naziemna przytrzymuje liną wielki majdan, wieszając się na koszu całym ciężarem, by nie porwał go wiatr. Palniki zioną. Chwila koncentracji. Ktoś kopie kosz na szczęście, ktoś krzyczy tradycyjne: „Ilość startów na ilość lądowań!”. I w niebo. Beatrice o pojemności 4530 m³ wyrywa się ludziom, jak koń z linii startu po strzale. Andrzej jeszcze z góry podnosi kciuk, że jest OK. Aura sprzyja: lekki wietrzyk, słońce i świetna widoczność.

– Do prawie 8500 m leciało się jak po sznurku – opowiada później Andrzej. – Mijaliśmy samoloty, a pasażerowie machali nam z pokładu. Nagle… To był raczej huk niż syk 98 decybeli, który zwykle towarzyszy palnikom. Nie działały! Kolejne próby i też nic. Zaczęliśmy spadać z prędkością kamienia – 9,2 m/s spadania (5 m/s jest jeszcze bezpieczną szybkością). Dopiero na 5500 m pojawił się tlen i zaczęły działać palniki. Decyzja: co robimy? Wracamy jeszcze raz! „Podajcie nam swoją pozycję!”, pada komenda z Okęcia. „Kontynuujemy na wysokości 5,8 km na północny wschód od lotniska Krywlany!”. Co jakiś czas przypominały mi się słowa sędziego sportowego: „Sprawdzajcie czy wasz barograf tyka”. Przez cały lot dziwnie kojarzył  się on z czarną skrzynką. Za chwilę mieliśmy dotknąć cirrusów. To bardzo nieludzka kraina. Straszliwie zimno (ok. –50 st. C). Oddechy stają się częstsze i krótsze, ruchy kosztują więcej wysiłku, zmęczenie, zawroty głowy, ziewanie. Wracamy! Na 5000 m pozwoliliśmy sobie na gorącą herbatę i czekoladę. Pychota. Wreszcie pierwszy krok na ziemi. Jakby stopami dotykało się całej kuli. 19 października 2001 roku wskazówki wysokościomierza zatrzymały się na 9859 m. Ćwikła i Brzozowski pobili rekord Polski w locie na wysokość.

 

Bitwa o materiał

Andrzej Ćwikła ma za sobą 535 godzin lotu, Tadeusz Bohojło i Leszek Pobiełło też po kilkaset. Tak starzy baloniarze w Białymstoku przeliczają czas. Liczy się obycie w powietrzu. Często śnią im się pytania: „Stary, jaki kierunek? Stary, w prawo czy wyżej?”. – Czasem żona mnie budzi, bo przez sen mówię do balonu: „No skręcaj!” i naginam się, przesuwam jak w koszu – śmieje się Andrzej.

A zaczęło się w latach 70. – Byliśmy z Mańkiem Puszem po pierwszym roku pedagogiki. Niespecjalnie nas to ekscytowało – opowiada Andrzej. – Ja żeglowałem, wtedy po Bałtyku i budowałem na rodzinnym Śląsku pełnomorski jacht. Ale coś nas ciągnęło do Białegostoku. Po piwku rodziły się plany. Może by maluchem dookoła świata pojechać? Albo końmi? Kiedyś Maniek zapuścił pomysł: „A może balon?”.

Następnego dnia ruszyli do aeroklubu i dowiedzieli się, że ten sport jest u nas na wymarciu. Dychały jeszcze w Polsce dwa balony i trzech pilotów. Ledwo pamiętało się przedwojenne czasy, gdy Polska była balonową potęgą i miała mistrzów na miarę Franciszka Hynka i Zbigniewa Burzyńskiego.

– Chcieliśmy kontynuować przedwojenną tradycję – tłumaczą Ćwikła i Bohojło. Ale skąd wziąć sprzęt? Wiedzieli, że balonu nigdzie nie kupią. Nie mieli dolarów, żeby go ściągnąć z Zachodu. Cel się krystalizował: budujemy sami klasyczny gazowiec. Grzańce, czyli balony na ogrzane powietrze dopiero powstawały.

– Pierwsze instrukcje dawali nam przez telefon Stefan Makne i Irek Cieślak z Poznania – opowiadają. – Ściągnęliśmy szczątkową dokumentację balonu Zbigniewa Burzyńskiego – pokazują rysunek, który przechowują w klubowym archiwum. – A pierwsze pieniądze dostaliśmy z Rady Uczelnianej ZSP Filii UW w Białymstoku. Zaryzykowaliśmy, mimo że traktowali nas jak szaleńców.

Prawdziwą walkę stoczyli o materiał.  Był tylko dla wojska i nikt nie chciał nawet gadać o jakimś skrawku tysiąca metrów. Miał charakter tajno-strategiczny i koniec. Zostały dwa sposoby – albo ukraść, albo załatwić spod ziemi. Gdy już załatwili, Andrzej pojechał z nim do grudziądzkiego Stomilu na gumowanie. Zakładowy ZMS podjął się zagumować szmatę w czynie społecznym. Sprawa się jednak przeciągała, aż w końcu jeden z majstrów się zdenerwował: „Jakie tam Zetemesy, k… Przynieście flaszkę po południu, to wam zagumuję”. Potem dziewczyny z Bielpo zszyły 440 kawałków. Pozostał tylko kosz z wietnamskiej trzciny i sieci opalające czaszę. W Polsce żył tylko jeden człowiek, który umiał je robić. Ośmiometrową obręcz nośną kupili cudem i wozili tramwajami, otwierając lufciki i tak cyrkulując, żeby motorniczy nie dostał w głowę.

W czerwcu 1978 roku balon za całe 330 tys. złotych był gotowy. Musieli działać szybko, bo Andrzej zobaczył plakat z balonem w tle, a na nim informację, że na Kubie organizują Festiwal Młodzieży Studenckiej. Władza pomysł kupiła, nie żałując kosztów. Polecieli specjalnym samolotem: Jasio Drzazga, Jurek Zabłocki, Irek Cieślak, Andrzej i Maniek.

 

Dostarczyciel magii

W balonie jesteś zdany na pogodę i swoje umiejętności. Regulując wysokość, szukasz właściwych prądów w powietrzu. – Musisz mieć czuja, reszta to przypadek i to jest właśnie adrenalina. A jak raz wejdziesz do kosza, nie ma odwrotu. Zawsze będziesz marzył o niebie – mówią zawodowcy. Przed lotem czujesz dreszczyk niepewności, potem błogość. Balon na ogrzane powietrze ma tę zaletę, że można go uruchomić z każdego miejsca w 15 minut, a gazowy dmucha się osiem godzin i startuje tylko z punktu, gdzie jest gaz. Choć napełnienie piachem 100 woreczków to ciężka robota, gazowiec jest magią. Cisza w gondoli aż szumi w uszach. Słychać bicie własnego serca, wiatr muska po twarzy, ziemia się oddala… Samochody wyglądają jak pudełka zapałek, a miasta przypominają makiety. – Puszcza Knyszyńska na przykład zmieściłaby się na dłoni – mówi Leszek – Gdy obniży się lot, słychać gwar ludzi, dzwoneczki pasących się krów, szczekanie psa, czasem przemknie łoś – wzdycha Jerzy Czerniawski, trener kadry narodowej, wielokrotny mistrz i delegat Polski w Międzynarodowej Federacji Balonowej – Możesz nawet przejrzeć się w jeziorze. To jest dopiero romantyzm. Najwspanialej jest o świcie. Dotykasz koron drzew, kalenic dachów, gaworzących na gałęziach ptaków. Nie warczysz, nie trujesz spalinami. Tylko się kołyszesz. Tego się nie da zrobić w żadnym statku powietrznym. Przestrzeń, wolność i totalny brak pewności.

– Gdy odbiłam się od ziemi pierwszy raz – opowiada Maja – pomyślałam: gdybym była psychiatrą, wszystkim znerwicowanym przepisywałabym lot na receptę. Zostawiasz w dole krzątaninę. Myślisz jakąś kojącą perspektywą przestrzeni.

Czasem przy lądowaniu kosz wywraca się i ciągnie balon przez pół kilometra. Pędzisz na druty kolczaste. Wysiadasz, całujesz ziemię, idziesz się upić, żeby odreagować i wskakujesz ponownie, bo pasja jest silniejsza niż strach. Maja Zubrzycka, dziś prezes białostockiego klubu, zakochała się w balonach przez przypadek: – Jakaś firma ufundowała lot dla uczestników targów. Jedna osoba nie przyszła, więc chętnie ją zastąpiłam. A potem zrobiłam licencję, żeby dziewczyn nie dyskryminowano, bo niby słabe. To mój sposób na relaks i święty spokój. Balon daje życiu nowe spojrzenie.

Jola Matejczuk trzy razy zdobyła Puchar Świata Kobiet. Też „odleciała przypadkowo”: – Znałam tylko narty. Balon był moim pierwszy „przyrządem do latania”. Kiedy wylądowałam pierwszy raz, klęknęłam,  wypalili mi kosmyk włosów, posypali głowę ziemią, oblali szampanem i kopnęli w tyłek. To był chrzest po, którym zaraziłam się na zawsze, sportem trzech żywiołów: ziemi, powietrza i ognia. Balon to dostarczyciel magii i adrenaliny.

Samolotem możesz zawrócić, tu grasz z wiatrem w szachy. On ruch i ty ruch. Jola rzuciła pracę dla tej pasji. Artur Dzieszkowski w dzieciństwie przeczytał „Pięć tygodni w balonie” Juliusza Verne’a. Zakręciło go na zawsze. Traktuje loty jak walkę z własną słabością: – To trudny sport – ocenia – Musisz wstać o świcie, kładziesz się późno, bo lata się tuż po wschodzie słońca lub tuż przed zachodem. Powietrze jest wtedy stabilne, ziemia nie nagrzana  i wiatr nie szarpie szmatą. Wyrabiasz tężyznę i pokorę. Jak szaman da komunikat, że złe warunki, siedzisz i czekasz nawet kilka dni, bo z żywiołem się nie zadziera.

Dzięki balonom zwiedzili kawał świata – W czasach  socjalistycznych nie każdy tak jak my mógł polecieć do Japonii, Kanady, Izraela – opowiada Tadek.

A nie mieli przecież grosza. Gdy w 1988 roku wyjechali na 200-lecie Australii, mieli 100 dolarów na dwa miesiące. W tamtejszym kościele zbierano nawet na tacę na ich pobyt, bo przyjechali ludzie zza kurtyny. Dzięki temu przemierzyli w tym kraju 10 tys. kilometrów. Kiedy latali nad Morzem Martwym, musieli uważać, żeby nie spojrzeć na beduińskie kobiety, bo można było nieźle się narazić. Najwięcej strachu najadł się Leszek, gdy kiedyś z terytorium Indii wylądował przypadkowo w ambasadzie Pakistanu, prosto na wojskowych z karabinami.

 

Antychrysty lądują

– Pierwszy raz – śmieje się Tadzik – wylądowałem w lesie na wysokich sosnach. Byłem pewny, że tak powinno być, że o to chodzi w zwrocie „miękkie lądowanie”. Potem 30 metrów zjeżdżałem po linach w dół i trzeba było wyciąć trzy drzewa, żeby zdjąć balon.

– Najbardziej  ekscytujące są właśnie lądowania. Nigdy nie wiadomo gdzie wiatr zaniesie. Człowiek z resztą gazu walczy do końca, żeby poczciwie wylądować. Ale czasem zakotwicza na polu kukurydzy, na płocie, dachu, koronach drzew, a nawet na plaży nudystów. Nieraz skóra cierpnie ze strachu, gdy na pole dobiega chłop z wrzaskiem: „Wynoście się z tym namiotem, bo nie zamawiałem w swojej koniczynie cyrku” – Jeden o mało nie porąbał balonu tasakiem. Potem kalkulował, ile się należy za szkody – opowiada Maja.

Balon gazowy w przeciwieństwie do grzańca na palniki chodzi bezszelestnie – Czasem człowiek leci, zniża się na pole, gdzie pracują chłopy i coś do nich zagaduje. A oni się rozglądają po sobie, bo do głowy im nie przyjdzie, że ktoś im nad nią zawisł. A co dopiero baby! Balony przyprawiają je o zawrót głowy – Cisza, spokój, jeden domek od drugiego na kilometr, kobita siedzi spokojnie, podkłada do pieca, a tu gigantyczna bryła okno przykrywa, drób się rozlatuje po podwórku, ryczy bydło, a ona ucieka do sąsiadów, że albo atom puścili, albo antychrysty przylecieli. Nieraz całe wioski się wyludniały. Ci, co mieli „napędy”, motocykle, traktory, wszyscy rwali ufo zobaczyć – śmieją się białostoccy baloniarze – Raz lądujemy i widzimy, że chłop idzie drogą. Wołamy, by złapał linę i nas przytrzymał, żeby po bruzdach się nie tłuc. Chłop zwalisty, jedna ręka w kieszeni, wokół drugiej owinął sobie linę nonszalancko, jakby to był balonik z odpustu i jak nie szurnie po zagonach… Baliśmy się wyjść z kosza, żeby nas nie dorwał. Ten podleciał i krzyczy: „Kurna chata, tu w okolicy nie ma zabawy, żebym nie rozpędził, a taka płachta mnie powaliła!”.

 

„Fosseci” z Białegostoku

Dziś w Białymstoku jest jedyne w Polsce lotnisko balonowe i 12 balonów. Nalatali się po świecie i podpatrzyli, że ludzie z tego nieźle żyją. Założyli firmę Tent, która od 10 lat produkuje balony reklamowe. To uszyją sześciometrową szklankę piwa, to 15-metrowego King Konga na Pałac Kultury i zarobią pasją na pasję, a co najważniejsze – nie mają szefa. – Jesteśmy w czubie, co tu się krygować – wzruszają ramionami.

– To dla mnie narkotyk – mówi Andrzej – codzienność kotłuje się na dole, a ty, myk w górę i problemy masz pod sobą.

Czytaj dalej

Arie z balonu

Arie z balonu

I oto kilkanaście tygodni później ostry refleks nagle odsłonił koronę wieży Ratusza w Łomży. Tu, na specjalnie zbudowanej podłodze, przy pulpitach z nutami i instrumentami w ręku, pojawiła się… Łomżyńska Orkiestra Kameralna!

– Proszę zapamiętać tę datę: 13 września 2002 roku. To dzień, który przejdzie do historii polskiej muzyki i polskiego sportu. Kilkadziesiąt lat temu Jan Kiepura śpiewał z balkonu. Za chwilę Jacek Wójcik zaśpiewa arie z… balonu! Nikt dotąd w Polsce, Europie i na świecie z balonu nie śpiewał! Nigdy dotąd w Polsce orkiestra nie koncertowała na wieży ratusza! Nigdy dotąd tak niezwykłe wydarzenia kulturalne nie stanowiły oprawy zawodów sportowych. Ten dzień – mówił do tysięcy widzów na Starym Rynku pilot motolotniowy, prezes Aeroklubu Podlaskiego Zbyszek Krzywicki – zapisze się w historii polskiego sportu i kultury.

-Nim skończył, były mistrz Polski Tadeusz Bohojło cichym płomieniem rozświetlił potężną czaszę balonu. Sekundę później z Jackiem Wójcickim w kombinezonie, skórzanej pilotce, z goglami i mikrofonem w ręce, powoli uniósł się nad Rynkiem. Gdy mijał żeliwną balustradę korony Ratusza, ciemne niebo przecięła batuta dyrygenta Orkiestry  Tadeusza Chachaja, a z kosza balonu popłynęło „Wróć do Sorento”. „Ninon, ach uśmiechnij się…”. Przy „Sercu” z kosza posypały się bukieciki róż, którymi znakomity tenor wzruszył piękniejszą publiczność do łez.

Takie było oficjalne otwarcie IV Mikrolotowych Mistrzostw Województwa Podlaskiego.

– Przypadkowo dowiedziałem się o niespełnionych marzeniach wielkiego tenora – wspomina organizator Mistrzostw, teraz wydawca „Tygodnika Lotniczego” Władysław Tocki – Natychmiast zadzwoniłem do Krakowa. Zaproponowałem: zaśpiewa arie z unoszącego się nad ziemią balonu, orkiestra zagra z korony Ratusza… Wójcicki dalej nie słuchał. „Fantastycznie, zaśpiewam”. Nagle problem: termin pokrywa się z „Nieszporami Ludźmierskimi”. Kilkadziesiąt sekund wahania i… Jacek Wójcicki zrezygnował z występu w prestiżowych „Nieszporach”, transmitowanych przez telewizję.

Prawdziwy, wolny lot Jacek Wójcicki miał odbyć następnego dnia rano. Zerwał się z wygodnego łóżka w łomżyńskim hotelu „Gromada” już po piątej. Przed siódmą był w koszu balonu Tadeusza Bohojło. Kierunek wiatru zapowiadał piękny lot prawie wzdłuż Narwi. I nagle zaczęło kropić! Po chwili mżawka przeszła w lekki deszcz…

– Balonem nie leciałem do dzisiaj – wyznał „Tygodnikowi Lotniczemu” w marcu 2006 roku Jacek Wójcicki.

Gdyby więc ktoś miał ochotę uświetnić jakieś zawody śpiewanymi z balonu ariami, ma dużą szansę, że znakomity tenor zgodzi się bez wahania…

 

JOANNA KOŁŁĄTAJ

Czytaj dalej

Tarantula jak z horroru

Tarantula jak z horroru

Jako by se náhle ocitli v populárním českém hororovém komiksu o obřích pavoucích Nephila – přesně tak si připadali obyvatelě Varšavy, kteří procházeli na přelomu září a října 2003 około hotelu Metropol v centru Varšavy. Obří žluto – černá tarantule, zlověstne číhající v hornim rohu fasády, zabrala těměř pět pater. A zejměna v noci, kdy tma ubrala na tloušťce jejích osmi nohou, vypadala velmi, velmi skutečně…

„Reakce lidí były hodné pozitivní, každỳ, kdo pavouka vidél, byl přímo fascinován. Šlo o skutečně efektní druh reklamy, tak obrovskỳ exponát se prosté nedal přehlédnout. Všiml si ho dokonce i časopis Polityka, jeden z nejoblíbenějších polskỳch tỳdeníků, podobnỳ americkěmu Newsweeku, kterỳ naši tarantuli uvedl jako příklad nekonvenční reklamy,” vzpomíná Andrzej Ćwikła, spolumajitel polskě společnosti Tent, která reklamní nafukovadlo ve tvaru hrozivěho členovce vyrobila.

Noční instalace
Silnỳ první dojem ještě umocnila instalace. „Probíhala totiž v noci, takže ji mnoho lidí nevidělo. A v průběhu samotoného upevňování připomínal pavouk ze všeho nejvíc obří balík, protože był vytažen na zeď nenafouknutỳ. Teprve když jsme ho k ránu nafoukli, zjistili lidé, o co jde,” popsal Ćwikła.
Šlo o nafukovadlo dlouhé 17 m a 5 m vysoké. Vyrobeno było z polyesterové tkaniny z PCV zátěrem. Věrná kopie pavouka vděčí za svou podobu vỳhradně designému umu – celỳ poutač tvoří pouze tkanina bez podpůrného rámu. Tarantule nebyla žádná pápěrka, přestože studenỳ vzduch, díky kterému drží svůj tvar, nic neváží. Samotnỳ poutač vychỳlil ručičku vah až ke 300 kg. Není proto divu, že ukotvení muselo bỳt důkladné.
Prováděla ho JetLine, agentura specializovaná na venkovní reklamu, která v Polsku pronajímá bigboardy, tiskne velkoplošně plakáty, instaluje reklamu na fasády a lešení a zaměstnává mimo jiné i horolezce. Umísténí tarantule jim zabralo šest hodin a Andrzej Ćwikła s Tadeuszem Bohojło proces po celou dobu koordinovali. Pavouk byl nejdřív vybalen a rozložen před hotelem. „ Na jeho těle było všito několik opor, do kterỳch jsme upevnili kotvicí smyčky. Pak se spustila lana ze střechy budovy, upevnila do kotvicích bodů nafukovadla a lidé z JetLine ho vytáhli na místo určeni bez použití kladky. V požadované vỳšce ho zafixovali dalšími kotvicími lany. Teprve, když były všechny úchyty připevněny lany k fasádě hotelu, začali jsme do tarantule vhánět vzduch. Ten narovnal pavoučí nohy, které se do zbỳvajícícg úchytů upevňovaly jako poslední. Časně k ránu była tarantule na svém místé. Celou instalaci zajišťovali lidé visící v horolezeckỳch úvazech na laně,’’ popsal Andrzej Ćwikła.

Připraveni na všechno
Lidé připravení na všechno – takoví musí bỳt reportéři Jeff Corwin, Steve Irwin a Marc O’She, kteří v rásvé profese zažívají dobrodružství s divokỳmi zvířaty, mimo jiné s pavouky. Tak se jmenoval i seriál televizního kanálu Animal Planet Channel, kterỳ běžel v polsku od 6. do 10. října a dal jméno celé kampani. Nafukovací pavouk był vystaven dva tỳdny před jeho uvedením. Na průčelí hotelu ho ještě doplňoval 20 m dlouhỳ plakát s působivỳm motivem lidské tvăře, jejíž oko zakrỳvá živá tarantule, a názvem seriálu.

Od plastelíny k polyesteru
„Na začátku jsme dostali od Animal Planet motiv tváře s pavoukem – te, která je na fotografiích vidět pod nafukovadlem – a s požadavkem vyrobit pavouka, jenž bude co nejvíc podobnỳ originálu,” popsal zrod tarantule Andrzejowi Cwikła. „Naši designéři nejprve vyrobili z plastelíny model dlouhỳ asi dvacet centimetrů a na jeho základě rozkreslili střih. Pak była každá část modelu desetkrát zvětšena, nakreslena na materiál a vystřižena. Z těchto ǔstřižků jsme sešili dva metry dlouhỳ nafukovací model, jeho podobu náš klient odsouhlasil. Teprve potom jsme začali šít obřího pavouka v požadované velikosti, kdy původní části modelu były znovu zvětšeny v odpovídajích poměrech a sešity. Vỳroba zabrala dva tỳdny.’’ Na zakázce pracovalo celkem 13 lidí: zaměstnanec, kterỳ kalkuloval cenu, tři designéři, osm dělníků a produkční, jež vše koordinovala. „A samozřejmě také všichni tři spoumajitelé firmy, kteří se ŭćastnili zejména jednání o ceně,’’ dodal s ŭsměvem Ćwikła.

Czytaj dalej

Lot po rekord

Lot po rekord

To był raczej syk niż huk 98 decybeli zwykle towarzyszący spalaniu w palnikach balonu. Moja uwaga skupiła się na nich właśnie. Nie działały!

Czarny scenariusz zdawał się urzeczywistniać. Rozpoczęła się „walka o ogień”. Byliśmy zdani na łaskę piezoelektrycznych zapalniczek, które w temperaturze – 30°C nie podawały iskry. Kolejne próby i nic. Zewnętrzne źródło ognia i też nic. To nie było opadanie- to była jazda w dół. Ze wznoszenia 3 m/s , po kilku sekundach oziębienia płynnie przechodziliśmy z 4 do 5 do 6 …by osiągnąć 9,2 m/s opadania. Powiem tylko, że instrukcja naszego balonu wskazuje 5 m/s jako prędkość bezpieczną.

To było fatalne zrządzenie losu. Po długotrwałym wspinaniu się na 8500 m z powodu niesprawności zapłonu palników, błyskawicznie straciliśmy 3000 m. Dopiero na 5500 m odzyskaliśmy wreszcie kontrolę nad balonem.

Stanęliśmy przed podjęciem decyzji- co teraz robimy?- wracamy, czy próbujemy jeszcze raz?

TAK TO SIĘ ZACZĘŁO

Był czerwiec 2001r. gdy nasze spotkanie w siedzibie klubu TENT zaowocowało decyzją o rekordowym locie wysokościowym. Lista priorytetów została spisana, data lotu- określona. Nazwiska pilotów, kierownika technicznego, sędziego sportowego- ustalone. Jedyna niewiadomą, od której mógł zależeć nasz sukces, bądź porażka, pozostała pogoda. Jak zwykle w takich przypadkach nieocenioną pomocą wsparł nas guru meteorologiczny- Maciej Maciejewski (znany czytelnikom PLAR z pięknych fotografii lotniczych).

PRÓBA PIERWSZA

Miejsce startu- Łomża. Po godzinie lotu podjąłem decyzje o przerwaniu próby. Reduktory zasilające nasze maski tlenowe zablokowały się. Odcięci od tlenu nie mieliśmy szans na lot powyżej 9000 m.

DO DWÓCH RAZY SZTUKA- PRZYGOTOWANIA

Datę kolejnej próby przesunęliśmy na październik 2001r. W północno- wschodniej Polsce występują wtedy dogodne do tego rodzaju lotów, chłodne obszary wysokiego ciśnienia i można się wstrzelić w bezgradientowy obszar, co przy bliskości granicy z Białorusią jest bardzo istotne. Wciąż pamiętamy tragedię jaka, rozegrała się 1996r. w czasie lotu załogi z Wysp Dziewiczych w rejsie Gordona Bennetta, gdy helikopter białoruskich sił zbrojnych zestrzelił balon zabijając obu pilotów. Dwie inne amerykańskie załogi zostały zmuszone do lądowania i były przetrzymywane w areszcie przez ponad tydzień.

Na początku października podjąłem decyzję o użyciu mojego największego balonu firmy Cameron Balloons o pojemności 4530 m³ SP-BAD. Jako drugiego pilota, do załogi wybrałem doświadczonego Andrzeja Ćwikłę.

W czasie planowania lotu balonem najważniejszą sprawą jest określenie masy, jaką może on zabrać na wskazaną wysokość. Moje kalkulacje oparłem na tabelach dostarczonych przez zaprzyjaźnionych pilotów z firmy „Thunder & Colt” z Wielkiej Brytanii. Lot zaplanowałem do 10 000 m nad poziom morza, więc z kalkulacji wynikało, że balon z całym ekwipunkiem i załogą nie może ważyć więcej niż 818 kg. Założyłem, że będziemy wchodzić na pułap ze średnią prędkością 2-3 m/s. Wynikało z tego, że lot powinien trwać 30-55 minut. Nasze zużycie gazu szacowałem na 1,21/min. W związku z tym powinniśmy zabrać ze sobą 45-66 l gazu. Oznaczało to zmniejszenie masy ładunku, jaki mogliśmy załadować do gondoli o 30 kg. Dla porównania – ten sam balon, jeśli założyć, że lot będzie odbywał się w temp. 15°C powietrza i przy ciśnieniu 1013,2 hPa- na wysokość 300 m n.p.m. mógłby „podnieść” brutto 1300 kg.

Kolejnym problemem, przed jakim stanęliśmy przygotowując nasz lot, było uzyskanie stosownych pozwoleń na lot statku powietrznego nie widzialnego na radarach i w dodatek w bezpośredniej bliskości korytarzy powietrznych. Tu bardzo pomogła nam znajomość z pilotem Zbyszkiem Jagodzikiem, który użyczył nam transpondera firmy Schroeder Balloons. Nasz lot nie doszedł by do skutku, również bez pomocy Andrzeja Konstańczuka, który w dzień startu od 7:00 rano do 14:00 zdobywał dla nas kolejne zgody.

Według przepisów do lotu wysokościowego o znamionach rekordu, niezbędna jest obecność sędziego sportowego. W naszym locie towarzyszył nam Tomasz Kuchciński. Natomiast dowodem na osiągnięcie przez nas zamierzonej wysokości miał być zaplombowany barograf skalowany w certyfikowanym zakładzie naprawczym Yalo.

LECIMY

Zgodnie stwierdziliśmy, że spróbujemy odrobić te 3000 m.

-SP-BAD podajcie swoją pozycję- padła sucha komenda z Okęcia. Sięgnąłem po mikrofon.

-SP-BAD kontynuujemy lot z postępem 3m/s około 10 km na północny wschód od lotniska Krywlany. Aktualna wysokość 5,8 km.

Lot praktycznie zaczął się od nowa. Mieliśmy za sobą osiągnięty pułap 8500m n.p.m. O czym przypominały nam 2 puste butle V-30. Nasz aktualny kurs wynosił 060°. Źle to wróżyło naszej wyprawie. Obawialiśmy się, że gdy wejdziemy wyżej i znajdziemy się w strefie oddziaływania silniejszego wiatru niechybnie wylecimy poza granice Rzeczypospolitej. Postanowiłem nie dopuścić do utraty kontroli nad płomieniem. Przeszedłem na procedury awaryjne. Jeden z palników służył jako płomień kontrolny, a drugi- jako główny.

Nabraliśmy prędkości, a z nią nasza wysokość też wzrosła. Wariometry wskazywały wznoszenie  od 3,5 do 4,5 m/s.  Co jakiś czas przypominały mi się słowa naszego sędziego sportowego „sprawdzajcie czy wasz barograf tyka!”. Na szczęście przyrząd pracował, jak potrzeba. Przez cały lot dziwnie kojarzył mi się z czarną skrzynką, taka jak w samolotach i to nie tylko ze względu na swój kolor.

Moja uwaga na chwilę skupiła się na cirrusach, które praktycznie za chwilę miałem dotknąć. Tyle lat marzyłem o locie w tych chmurach i oto wreszcie zaraz miały znaleźć się w zasięgu ręki.

Byliśmy już bardzo zmęczeni. Zwiększyłem dawkowanie tlenu w punkcie skraplania poniżej – 63°C, ponieważ zgodnie z komunikatem meteo możemy się spodziewać temp. – 50°C. Tym razem palniki pracowały bez zarzutu. Około 16:00 osiągnęliśmy pułap 9859 m n.p.m. według wskazań elektronicznego wysokościomierza.

Byliśmy w bardzo nieludzkiej krainie. Było tam straszliwie zimno około -50 °C. Nasze oddechy stały się częstsze i krótsze, a ruchy w gondoli kosztowały nas dużo wysiłku. Zmęczenie i lekkie zawroty głowy zaczęły nam coraz bardziej doskwierać. Postanowiliśmy wracać.

Granica Polski z Białorusią zbliżała się z każdą minutą. W oddali widzieliśmy już Grodno. Pozwoliliśmy, by powłoka na zimno rozpoczęła opadanie. W tym celu przez dłuższy czas nie włączaliśmy palników. Na pułapie 7500 m n.p.m. zrobiło się wyraźnie cieplej, a na 5000 m pozwoliliśmy sobie na kubek gorącej herbaty i czekoladowe cukierki. Pychota!

Nasz komisarz sportowy i załoga naziemna (w składzie Władysław Bohojło, Błażej Ćwikła, Andrzej Koństańczuk, Aneta Karczewska) droga radiową została powiadomiona o naszym prawie idealnie pionowym lądowaniu w okolicach Sokółki. Dokładnie o 16:30 moja „Beatrice” wylądowała 1,5 km od wspomnianej miejscowości, tuż przy drodze nr 18.

Pan Tomasz Kuchciński zabezpieczył barograf i zaznaczył na GPS koordynaty miejsca lądowania. Cała ekipa przystąpiła do pakowania ekwipunku. Potem była czas na szampana i gratulacje, a my poczuliśmy wielką ulgę stąpając ponownie po twardym gruncie.

Dariusz Brzozowski

Od Redakcji: Dotychczasowy rekord Polski wysokości lotu balonem na ogrzane powietrze wynosi 8400 m i należy do Agnieszki Górnej. Prawdopodobnie jego dni są już policzone- wszystko w rękach Komisji AP weryfikującej, czy lot Dariusza Brzozowskiego i Andrzeja Ćwikły odbył się bez jakichkolwiek uchybień formalnych.

Tymczasem członkowie białostockiego klubu TENT zapowiadają już próbę pobicia absolutnego rekordu Polski w wysokości lotu balonem, wynoszącego ok. 12.000 m. Trzymamy kciuki!

Czytaj dalej