Posts by TGadmin

III Mazurskie Międzynarodowe Zawody Balonowe

III Mazurskie Międzynarodowe Zawody Balonowe

W dniach 5-8 sierpnia 2010 r. odbyły się III Mazurskie Międzynarodowe Zawody Balonowe o Puchar Prezydenta Miasta Ełku. Był to największy festiwal balonowy w Europie Środkowo-Wschodniej.

Na liście startowej zarejestrowały się 44 aerostaty z Litwy, Białorusi, Rosji, Łotwy, Kuwejtu, Ukrainy i Polski (w tym czołówka kadry polskiej). Pilot Błażej Ćwikła z TENT GRUPA s.c. z balonem SP-BCY „POLSKA” reprezentował Polską Organizację Turystyczną. Balonem firmowym SP-BII leciał Władysław Bohojło. Po rozegraniu wszystkich konkurencji Dyrektor Sportowy ogłosił wyniki. Pierwsze miejsce wywalczył Błażej Ćwikła na balonie o znakach SP-BCY „POLSKA”.

Zawody rozpoczęły się w czwartek – 5 sierpnia wspólnym, wieczornym startem balonów z centrum Ełku. Po locie ok. godziny 21:30 głównymi ulicami miasta przy akompaniamencie orkiestry Samba Art Machina przejechała Wielka Parada Baloniarzy. Imprezę uświetniły także 2 sterowce z Polski i Litwy.

Podczas zawodów rozegrano następujące konkurencje:

– cel wyznaczony przez sędziego,

– fly in (wlot),

– zatapianie okrętu,

– walc wahanie.

>>

Lot nad Biebrzą

Lot nad Biebrzą

Ponieważ ma to być wielka niespodzianka dla dwójki naszych dzieci, ukradkiem pakujemy niezbędne rzeczy. Startować będziemy z samego serca Biebrzy – Goniądza – zaś w drodze powrotnej odwiedzimy naszą rodzinę w Białymstoku. I właśnie tym rodzinnym spotkaniem tłumaczymy nasz nieoczekiwany wyjazd.

 

Trochę jak na złość mam więcej zajęć w pracy,  wyruszamy z małej mazowieckiej wioski już po godzinie dwudziestej pierwszej. Gnamy samochodem, ile fabryka dała, ale i tak dopiero około północy meldujemy się w umówionym gospodarstwie agroturystycznym w Goniądzu. Gospodarze są na tyle mili, że zgodzili się nas ugościć tylko przez jedną noc.

 

Pakujemy dzieci do łóżek, pamiętając, że o czwartej rano musimy być na nogach. Oboje z żoną pilnujemy się, żeby choćby półsłówkami nie wydać tajemnicy przed czasem.

 

Męska przygoda

 

Zasypiamy po nastawieniu pięciu budzików, ale i tak z przejęcia wstajemy wcześniej. Dzieciaki, zaspane i obruszone, ściąganiem ich z łóżek o tak niechrześcijańskiej porze, marudzą: „Tato, dlaczego? Mamusiu, powiedz mu…”.

 

Przed domem, w którym nocowaliśmy, czekają już samochody organizatorów. Na szczęście nie mają żadnych napisów w zrozumiałym dla dzieci języku, więc tajemnica wyprawy wciąż jest utrzymywana.

 

Wertepami, rozchlapując kałuże, jedziemy na skraj Biebrzańskiego Parku Narodowego. Zaczynamy rozpakowywać przyczepy. Tu niespodzianka dla nas. Okazuje się, że mistrz baloniarstwa wyszykował nam lot dwoma balonami, a nie jednym, jak umawialiśmy się korespondując przez wiele miesięcy.

 

Pomagamy ekipie. Rozciągamy czasze balonów, układamy linki – wszystko pod fachowym okiem baloniarzy. Synek trochę mniej się udziela. Nie dlatego, żeby się bał latać balonem, po prostu latania nie było w planach na dzisiaj i musi upłynąć chwila, zanim wdrukuje przygodę do dziennego kalendarza.

 

Baloniarze włączają palniki, które będą ogrzewały powietrze naszych balonów. Długie, kilkumetrowe jęzory ognia przekonują wreszcie synka, że będzie miał do czynienia z prawdziwą męską przygodą. Teraz i on włącza się do pomocy. Przyda się każda para rąk, choćby siedmioletnich.

 

Nasze statki powietrzne wypełnione już są rozgrzanym powietrzem. Z losowania wypada, że ja i synek będziemy lecieć w pierwszym balonie, nasze panie zaś za nami. Wskakujemy do koszy.

 

Cicho, sza

 

Pierwsze zdziwienie – właściwie nie odczułem momentu oderwania od ziemi. Latałem już różnymi urządzeniami, ale lotu balonem nie da się z niczym porównać. Płyniemy w powietrzu łagodnie i cichutko, jak w marzeniach sennych. Żadnego warkotu, szarpnięć, sama elegancja.

 

Na ziemi było lepko, zimno i nieprzyjemnie, a tu w górze, ledwo przebiliśmy się przez poranne mgły, olśniewająco jasno, ciepło i bezpiecznie.

 

Gdzieś w oddali na biebrzańskiej równinie kładzie się cień naszego balonu otoczony świetlnym halo. Z wysokości kilkuset metrów widzimy, jak budzą się rozlewiska, ale ponieważ niczego, naprawdę niczego, nie słychać, wrażenia są jakieś… nierzeczywiste.

 

O! Na horyzoncie stado saren susami gna przez mokradła. Odprowadzamy je wzrokiem, a one, mimo przebytego dystansu i znacznego upływu czasu, nie zmieniają tempa biegu.

 

Wodne okulary

 

Tuż pod nami, za krzakiem, mama klempa niechętnie budzi małego łoszaka. Podnoszą głowy w górę, przyglądając się powietrznym intruzom. Człapiąc, odchodzą w stronę chaszczy, w których nie będzie już ich widać. I zostawiają za sobą sznureczek śladów, takich jak… Właśnie! Pełno tu takich ścieżynek, aż dziwne, że do tej pory nie przyszło mi do głowy, że te równe kreski to dróżki wychlapane przez dzikie zwierzęta.

 

Dokładnie tak – wychlupane. Po obniżeniu lotu doskonale bowiem widać, ze to, co do tej pory braliśmy za trawę godną stadionu Wembley, jest nadwodną roślinnością, pod którą kryją się mokradła.

 

„Tato, tato, a tam. Zobacz! Wodne okulary!”. Rzeczywiście, sami oceńcie.

Wylatujemy nad serpentynę rzeki Biebrzy. W dole snują się jeszcze mgiełki. Widzimy, jak dwie pychówki, płynąc sąsiednimi zakolami, zbliżają się nieuchronnie do siebie. Za chwilę być może się stukną. Machamy do rybaków. Nieskutecznie.

 

Biebrznięci

 

Pilot odwraca nas w stronę wschodu słońca. W czasie lotu ciągle coś zapiera dech, ale teraz przed sobą mamy taki widok, że klękajcie narody. Scenografowie „Władcy Pierścieni” musieli latać nad Biebrzą! Wszędzie blask słońca, a widnokrąg pływa w nierzeczywistych kolorach, miękkich konturach i tęczowych refleksach.

 

Mijamy meandry rzeki i wlatujemy nad stały ląd. Powoli szykujemy się do przyziemienia. I rzeczywiście, przyziemiamy zdrowo. O ile bowiem naszym dziewczynom, to znaczy ich pilotowi, udaje się idealnie wylądować na wybranej wcześniej dróżce, o tyle nas balon ciągnie z koszem po ziemi. Wreszcie prawdziwa adrenalina!

 

Wyskakujemy z koszy, pomagamy zwijać urządzenia i cały czas gadamy, gadamy, gadamy.

Nasi piloci chwalą pogodę, gratulując nam aniołów stróżów – dawno nie było tak pięknie i cicho. Nie było też jeszcze komarów, które na ogół są zmorą biebrzańskich wędrowników. Wszystko udało się idealnie.

 

W nagrodę dorośli mają prawo zanurzyć usta w lampkach szampana, a dzieci, po ułożeniu na zwiniętych czaszach balonów, zostają sprzączkami zapięć pasowane na pilotów.

 

Dziękujemy! To była naprawdę przygoda życia.

Spróbujcie, też poczujecie się biebrznięci.

>>

Kulisy sławy Elżbiety Dzikowskiej

Elżbieta Dzikowska – dziennikarka, artystka, fotograf, ale przede wszystkim podróżniczka. Mieliśmy przyjemność odbyć po raz kolejny z Panią Elżbietą podniebną podróż naszym balonem i balonem „POLSKA” nad bagnami biebrzańskimi.
Reportaż realizowany był przez Telewizję TVN, reżyserowany przez Pana Dariusza Golińskiego. Emisja odbyła się w programie „Uwaga- Kulisy Sławy”.

Załączamy link pod, którym można obejrzeć tą wspaniałą podróż.

http://uwaga.onet.pl/30123,wideo,153193,kulisy_podrozy_elzbiety_dzikowskiej,kulisy_podrozy_elzbiety_dzikowskiej,reportaz.html

>>

Dmuchana banda w Krośnie

Dmuchana banda w Krośnie

W czwartek rozpoczął się montaż dmuchanej bandy przy torze żużlowym na stadionie przy ul. Legionów. Cały koszt dostawy i zainstalowania „dmuchawca” wyniósł 65 880 złotych. Montuje go firma Tent Grupa s.c. z Białegostoku. W piątek do Krosna miał przyjechać sędzia Ryszard Głód, który zająć miał się przeprowadzeniem weryfikacji krośnieńskiego toru.

>>

Inaczej patrzę na Ziemię

Inaczej patrzę na Ziemię

Razem z Marianem Puszem piliśmy kolejne piwo. Staliśmy przy kiosku, którego już nie ma i rzucaliśmy szalone pomysły: -A może by tak wyprawić się „maluchem” dookoła świata? A może polatać balonem?

Był 1975 rok, studiowaliśmy na Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Żyliśmy w zamkniętym kraju, szarym mieście, ale mieliśmy po 25 lat i wydawało nam się, że wszystko jest możliwe. Zdobycie balonu też!

Szybko jednak okazało się, że nie uda się go kupić w żadnym sklepie. Że musimy zbudować go sami. Ale jak? Z czego?

Sport balonowy, chociaż to chluba Polski przedwojennej, był na wymarciu. Żyło jeszcze trzech pilotów balonowych (Stefan Makne, Ireneusz Cieślak i Józef Zych) i to od nich dostaliśmy bezcenne rady. Na podstawie rysunku, który dziś jest w archiwum Klubu Balonowego, krok po kroku realizowaliśmy nasze marzenie.

To były czasy kiedy wszystko musieliśmy zdobywać, o wszystko walczyć. Każdą rzecz „wyjeździć”. Ciągle byłem w trasie. Żeby było taniej noce spędzałem w pociągu, w dzień załatwiałem sprawy. Materiał na powłokę zamówiliśmy w Bielawie, gumowanie w Grudziądzu, kosz ratanowy zrobił wikliniarz spod Poznania. Obręcz nośną (10-metrową stalową rurę) cudem kupiliśmy w Katowicach i z moją przyszłą żoną przywieźliśmy z przesiadkami, tramwajem do Gliwic. Dziewczyny z białostockiego Bielpo zszyły ze sobą tak jak skórki od banana 440 kawałków materiału o powierzchni 800 m2. Tytaniczna praca! Później trzeba było je laminować (żeby balon był szczelny). Sami wycinaliśmy cienkie paseczki materiału i kleiliśmy, żeby powietrze nie uciekało przez szwy. A ile przy okazji nawdychaliśmy się kleju!

W tym wszystkim było coś niesamowitego. Dla nas to był zryw studencki, szaleństwo. Dla dziewczyn, które szyły, coś kompletnie nie racjonalnego. Żadna z nich nigdy nie widziała balonu na żywo. Kierowniczka produkcji się dziwiła: -Balon będzie rósł i rósł, to jak przejdzie przez drzwi?

Był 1978 rok. W Warszawie zobaczyłem plakat, na którym pysznił się balon obwieszony flagami różnych krajów. Fidel Castro zapraszał na Kubę na Festiwal Młodzieży i Studentów. Skoro zapraszał… musimy lecieć!

Władze kupiły pomysł. Nasz balon to była świetna akcja propagandowa dla całego bloku wschodniego. A na taką nikt z decydentów PRL nie żałował pieniędzy. Sam Castro wydał zgodę na nasz przelot. Na zebraniu słuchaliśmy kubańskich poleceń: „Polecicie tędy, skręcicie, dalej prosto, zawrócicie!”. Śmialiśmy się w duchu, bo przecież balon pod wiatr nie poleci.

Z balonem zjeździłem cały świat. Nie sposób wyliczyć krajów, w jakich byłem. Szczególnie zapamiętałem Australię. Pojechaliśmy tam w 1988 roku, bez pieniędzy, w ciemno, żeby wziąć udział w zawodach balonów na ogrzane powietrze. Trasa wiodła z brzegu Oceanu Indyjskiego (Perth) na brzeg Oceanu Spokojnego (Sydney).

Lecieliśmy nad Canberrą. Patrzymy w dół, na ulicach wielki korek. Ludzie jadący do pracy nie spodziewali się balonu. Przeżyli szok. Zadzierali głowy do góry i szczęście, że nie skończyło się to kraksą. Nasz lot szczególnie przeżyli Polacy z emigracji solidarnościowej stęsknieni za Polską.

Patrzę w niebo, a nade mną balon – opowiadał mi później jeden z nich. – I to w dodatku z napisem „Białystok”. Myślę: Chyba zwariowałem, to nie możliwe… Przecieram oczy. I widzę biało-czerwoną flagę.

Pisały o nas australijskie gazety, telewizja zrobiła film.

Całe moje życie podporządkowane jest jednej pasji – balonom. To ona nadaje mu sens. Na początku marzyłem, żeby tylko wznieść się w niebo, później fascynowało mnie latanie sportowe, zawody, teraz prowadzę firmę, która ma w ofercie pasażerskie loty balonem, reklamę pneumatyczną. I wciąż każdy lot sprawia mi przyjemność.

>>

Ankieta skuteczności reklamy pneumatycznej

Drodzy Klienci,
Zwracamy się do Was z uprzejmą prośbą o wypełnienie ankiety. Ma ona posłużyć badaniu skuteczności reklamy pneumatycznej oraz Waszej satysfakcji ze współpracy z naszą Firmą. Ankieta jest całkowicie anonimowa, a jej wyniki posłużą do napisania pracy naukowej.
Z góry bardzo dziękujemy za pomoc i udział w badaniu.

Link do ankiety:

http://www.ankietka.pl/survey/show/id/22712/reklama-pneumatyczna.html

>>

Z głową w chmurach

Z głową w chmurach

Od wieków ludzie pasjonowali się lataniem. Pragnienie wzbicia się w powietrze towarzyszyło chyba każdemu człowiekowi, nie każdy jednak ma na tyle odwagi i determinacji, żeby spełniać marzenia. Pamiętamy przecież jak skończył mityczny Ikar, który poszybował w stronę słońca, ale zapłacił za to najwyższą cenę.

Wszystko zaczęło się ponad 200 lat temu, kiedy to francuscy bracia Montgolfier zauważyli unoszące się nad ogniem kawałki papieru i doszli do wniosku, że gorące powietrze jest lżejsze od chłodnego. W czerwcu 1783 roku w Annonay odbył się pierwszy publiczny pokaz lotu papierowego balonu. Balon o średnicy 12 metrów poleciał ponad 2000 metrów. Tak zaczęła się historia baloniarstwa. Pomimo, że od tego czasu technika mocno się rozwinęła, komfortowy i bezpieczny lot samolotem jest codziennością, a wyprawy w kosmos też nikogo nie dziwią, podróżowanie balonami ma nadal wielu fascynatów.

Jak twierdzą piloci balonów, baloniarstwo nie jest łatwym sportem. Wymaga sporo cierpliwości i pokory. Człowiek wstaje przed świtem, kładzie się spać późno w nocy, gdyż najlepiej lata się tuż po wschodzie słońca lub tuż przed zachodem. Wówczas nie ma ruchów zimnych i ciepłych prądów, powietrze jest stabilne, a ziemia nie nagrzana. To są najlepsze warunki do lotów.

Ale nie zawsze jest tak spokojnie. Najbardziej ekscytujące są chyba lądowania. Nigdy dokładnie nie wiadomo, gdzie balon zostanie zniesiony przez wiatr. Czasem można wylądować na podmokłym polu bez możliwości dojazdu, a czasem przy lądowaniu kosz się wywraca, a wiatr ciągnie balon jeszcze kilkaset metrów.

Najwspanialej jednak jest chyba kilkaset metrów nad ziemią, gdzie człowiek jest sam, a wokół tylko chmury i cisza, jakiej nie zazna się nigdzie indziej. Dla takich chwil warto żyć. Człowiek uświadamia sobie jak małą jest istotą, a jednocześnie jak wiele jest w stanie osiągnąć.

Baloniarstwo jest sportem dla każdego. Aby zostać pilotem należy zaliczyć kurs teoretyczny w aeroklubie, stowarzyszeniu lotniczym lub prywatnej firmie prowadzącej takie szkolenia. Koszt takiego kursu to kilkaset złotych. Trzeba również zaliczyć kurs praktyczny pod okiem uprawnionego instruktora pilota. W tym czasie odbywa się około 20 lotów. Za kurs praktyczny należy zapłacić 10 000 złotych. Zostaje jeszcze do zdania egzamin i licencję pilota ma się w kieszeni.

Aby latać balonem, nie trzeba od razu robić licencji.  Każdy może zabrać się na lot pasażerski w firmach, które świadczą tego typu usługi. Koszt takiej przyjemności to 400 zł za osobę za godzinę lotu.

Nie każdy wie, że Białystok jest  balonową stolicą Polski. Już w 1975 roku przy Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku powstał Klub Balonowy. Założycielem klubu był Andrzej  Ćwikła, obecny współwłaściciel firmy Tent Grupa. Początki nie były łatwe. W czasach, kiedy nic nie było dostępne w sklepach, o balonach nawet nie było mowy. W związku z tym grupka zapaleńców sama musiała zbudować pierwszy balon. Najpierw musieli załatwić 1000 metrów materiału, odpowiednio go przygotować i pozszywać. Potem został zrobiony kosz z wietnamskiej trzciny, cudem została kupiona 8-metrowa obręcz nośna i w połowie roku 1978 balon był gotowy. Obecnie białostocka ekipa pilotów balonowych jest nie tylko w czołówce krajowej, ale również światowej. Od kilku lat w Białymstoku organizowane są Międzynarodowe Zawody o Puchar Firmy TENT GRUPA w ramach Pucharu Polski.

Ósma tego typu impreza odbędzie się 21-23 czerwca.

>>