Maj 2010

Lot nad Biebrzą

Lot nad Biebrzą

Ponieważ ma to być wielka niespodzianka dla dwójki naszych dzieci, ukradkiem pakujemy niezbędne rzeczy. Startować będziemy z samego serca Biebrzy – Goniądza – zaś w drodze powrotnej odwiedzimy naszą rodzinę w Białymstoku. I właśnie tym rodzinnym spotkaniem tłumaczymy nasz nieoczekiwany wyjazd.

 

Trochę jak na złość mam więcej zajęć w pracy,  wyruszamy z małej mazowieckiej wioski już po godzinie dwudziestej pierwszej. Gnamy samochodem, ile fabryka dała, ale i tak dopiero około północy meldujemy się w umówionym gospodarstwie agroturystycznym w Goniądzu. Gospodarze są na tyle mili, że zgodzili się nas ugościć tylko przez jedną noc.

 

Pakujemy dzieci do łóżek, pamiętając, że o czwartej rano musimy być na nogach. Oboje z żoną pilnujemy się, żeby choćby półsłówkami nie wydać tajemnicy przed czasem.

 

Męska przygoda

 

Zasypiamy po nastawieniu pięciu budzików, ale i tak z przejęcia wstajemy wcześniej. Dzieciaki, zaspane i obruszone, ściąganiem ich z łóżek o tak niechrześcijańskiej porze, marudzą: „Tato, dlaczego? Mamusiu, powiedz mu…”.

 

Przed domem, w którym nocowaliśmy, czekają już samochody organizatorów. Na szczęście nie mają żadnych napisów w zrozumiałym dla dzieci języku, więc tajemnica wyprawy wciąż jest utrzymywana.

 

Wertepami, rozchlapując kałuże, jedziemy na skraj Biebrzańskiego Parku Narodowego. Zaczynamy rozpakowywać przyczepy. Tu niespodzianka dla nas. Okazuje się, że mistrz baloniarstwa wyszykował nam lot dwoma balonami, a nie jednym, jak umawialiśmy się korespondując przez wiele miesięcy.

 

Pomagamy ekipie. Rozciągamy czasze balonów, układamy linki – wszystko pod fachowym okiem baloniarzy. Synek trochę mniej się udziela. Nie dlatego, żeby się bał latać balonem, po prostu latania nie było w planach na dzisiaj i musi upłynąć chwila, zanim wdrukuje przygodę do dziennego kalendarza.

 

Baloniarze włączają palniki, które będą ogrzewały powietrze naszych balonów. Długie, kilkumetrowe jęzory ognia przekonują wreszcie synka, że będzie miał do czynienia z prawdziwą męską przygodą. Teraz i on włącza się do pomocy. Przyda się każda para rąk, choćby siedmioletnich.

 

Nasze statki powietrzne wypełnione już są rozgrzanym powietrzem. Z losowania wypada, że ja i synek będziemy lecieć w pierwszym balonie, nasze panie zaś za nami. Wskakujemy do koszy.

 

Cicho, sza

 

Pierwsze zdziwienie – właściwie nie odczułem momentu oderwania od ziemi. Latałem już różnymi urządzeniami, ale lotu balonem nie da się z niczym porównać. Płyniemy w powietrzu łagodnie i cichutko, jak w marzeniach sennych. Żadnego warkotu, szarpnięć, sama elegancja.

 

Na ziemi było lepko, zimno i nieprzyjemnie, a tu w górze, ledwo przebiliśmy się przez poranne mgły, olśniewająco jasno, ciepło i bezpiecznie.

 

Gdzieś w oddali na biebrzańskiej równinie kładzie się cień naszego balonu otoczony świetlnym halo. Z wysokości kilkuset metrów widzimy, jak budzą się rozlewiska, ale ponieważ niczego, naprawdę niczego, nie słychać, wrażenia są jakieś… nierzeczywiste.

 

O! Na horyzoncie stado saren susami gna przez mokradła. Odprowadzamy je wzrokiem, a one, mimo przebytego dystansu i znacznego upływu czasu, nie zmieniają tempa biegu.

 

Wodne okulary

 

Tuż pod nami, za krzakiem, mama klempa niechętnie budzi małego łoszaka. Podnoszą głowy w górę, przyglądając się powietrznym intruzom. Człapiąc, odchodzą w stronę chaszczy, w których nie będzie już ich widać. I zostawiają za sobą sznureczek śladów, takich jak… Właśnie! Pełno tu takich ścieżynek, aż dziwne, że do tej pory nie przyszło mi do głowy, że te równe kreski to dróżki wychlapane przez dzikie zwierzęta.

 

Dokładnie tak – wychlupane. Po obniżeniu lotu doskonale bowiem widać, ze to, co do tej pory braliśmy za trawę godną stadionu Wembley, jest nadwodną roślinnością, pod którą kryją się mokradła.

 

„Tato, tato, a tam. Zobacz! Wodne okulary!”. Rzeczywiście, sami oceńcie.

Wylatujemy nad serpentynę rzeki Biebrzy. W dole snują się jeszcze mgiełki. Widzimy, jak dwie pychówki, płynąc sąsiednimi zakolami, zbliżają się nieuchronnie do siebie. Za chwilę być może się stukną. Machamy do rybaków. Nieskutecznie.

 

Biebrznięci

 

Pilot odwraca nas w stronę wschodu słońca. W czasie lotu ciągle coś zapiera dech, ale teraz przed sobą mamy taki widok, że klękajcie narody. Scenografowie „Władcy Pierścieni” musieli latać nad Biebrzą! Wszędzie blask słońca, a widnokrąg pływa w nierzeczywistych kolorach, miękkich konturach i tęczowych refleksach.

 

Mijamy meandry rzeki i wlatujemy nad stały ląd. Powoli szykujemy się do przyziemienia. I rzeczywiście, przyziemiamy zdrowo. O ile bowiem naszym dziewczynom, to znaczy ich pilotowi, udaje się idealnie wylądować na wybranej wcześniej dróżce, o tyle nas balon ciągnie z koszem po ziemi. Wreszcie prawdziwa adrenalina!

 

Wyskakujemy z koszy, pomagamy zwijać urządzenia i cały czas gadamy, gadamy, gadamy.

Nasi piloci chwalą pogodę, gratulując nam aniołów stróżów – dawno nie było tak pięknie i cicho. Nie było też jeszcze komarów, które na ogół są zmorą biebrzańskich wędrowników. Wszystko udało się idealnie.

 

W nagrodę dorośli mają prawo zanurzyć usta w lampkach szampana, a dzieci, po ułożeniu na zwiniętych czaszach balonów, zostają sprzączkami zapięć pasowane na pilotów.

 

Dziękujemy! To była naprawdę przygoda życia.

Spróbujcie, też poczujecie się biebrznięci.

>>