Maj 2006

Ponad problemami

Ponad problemami

Władysław Bohojło i Andrzej Ćwikła właściciele Tent Grupy z Białegostoku, zarabiają na swojej największej pasji, więc uważają się za szczęściarzy. Ta pasja to balony – zaczęli od latania, a potem postanowili zarabiać na reklamie. Dziś ich firma jest absolutnym liderem w branży.

 

BAKCYL POŁKNIĘTY

Ponad 30 lat temu, jako studenci pedagogiki w Białymstoku, postanowili zbudować balon na gaz. Nie było to łatwe.

– Balony były wtedy pod szczególnym nadzorem. Są niewykrywalne przez radary, więc władze bały się, że można nimi uciec za granicę – opowiada Władysław Bohojło.

Na szczęście uczelnia nie widziała takiego zagrożenia i w 1975 roku ich balon powstał. To wtedy ostatecznie połknęli bakcyla baloniarstwa. Kiedy skończyli studia, nie widzieli swojej przyszłości w szkole.

– A nuż jakiś dyrektor nie dałby nam urlopu i nie puścił na zawody? – mówi Andrzej Ćwikła.

 

PEDAGODZY RZEMIEŚLNIKAMI

Założyli zakład rzemieślniczy przetwarzający tworzywa sztuczne.

– Szukaliśmy działalności, w której nie byliśmy związani sztywnymi godzinami pracy. A że mój tata był rzemieślnikiem, to pomagał nam wprowadzić się do branży – tłumaczy Władysław Bohojło.

Na zagranicznych zawodach balonowych widzieli różne przedmioty z tworzyw sztucznych i wprowadzali je w Polsce.

– Naszym pierwszym produktem była końcówka na wąż do podlewania z regulatorem strumienia wody. W Polsce była to nowość, więc nie mieliśmy kłopotu ze sprzedażą. Większym problemem było znalezienie odpowiednich materiałów – opowiada Władysław Bohojło.

Produkowali także naczynia i pojemniki dla laboratoriów. A po kilku miesiącach zarabiania – lecieli na zawody.

 

WZLOT

Podczas jednego z wyjazdów zwrócili uwagę na balony reklamowe.

– Zastanawialiśmy się, czy mają szanse powodzenia w Polsce. U nas nikt ich nie robił. Postanowiliśmy zaryzykować – wspomina Andrzej Ćwikła.

Widzieli za granicą bardzo dobre maszyny do produkcji balonów, ale ich nie kupowali.

– Stać nas było tylko na zrobienie zdjęcia, na podstawie którego budowaliśmy taki sprzęt u nas – mówi Władysław Bohojło.

Tent Grupę założyli w 1991 roku.

– Wtedy praktycznie nie było u nas innej reklamy niż szyldy, nie było nawet banerów. Wielu klientów nie akceptowało takiej reklamy. Była chyba zbyt niestandardowa jak na tamte czasy – uważa Andrzej Ćwikła.

Postanowili spróbować z firmami zagranicznymi. I tu jednak trafili na przeszkodę.

– Zachodnie firmy uważały, że na pewno nasz produkt jest słaby jakościowo. Najczęściej przywoziły balony od siebie. Ale nie staliśmy w miejscu. Doszliśmy do pewnego poziomu i udało nam się przekonać PepsiCo. To był przełom – wspomina Władysław Bohojło.

 

GIGANT NA PAŁACU

Dość szybko pojawiły się zamówienia niestandardowe- najpierw balon w kształcie motocykla, potem m.in. słonie, fotele, butelki. Wreszcie przyszedł czas na giganty, np. 20-metrowego King Konga, który wspinał się po warszawskim Pałacu Kultury i Nauki, chodzącą po ścianie wieżowca tarantulę, 17-metrowego św. Mikołaja.

– Giganty wymagają mnóstwa pracy konstrukcyjnej – najpierw w komputerach, potem przy szyciu. Materiał waży nawet po 300 kilogramów, a produkcja trwa łącznie około miesiąca – opowiada Andrzej Ćwikła.

Dziś Tent Grupa to absolutny potentat na krajowym rynku. Ma w ofercie m.in. balony standardowe i o nietypowych kształtach, urządzenia rekreacyjne, namioty i balony latające. Reklamę na nich zamawiają największe polskie firmy, a około 15 proc. trafia na eksport, m.in. do Niemiec, Belgii, Szwecji i do Estonii.

Firma organizuje też i obsługuje imprezy. Na początku czerwca urządza siódme już Międzynarodowe Zawody Balonowe o puchar Tent Grupy (rozgrywane w ramach Balonowego Pucharu Polski). Jej balony są także wykorzystywane np. podczas kolarskiego Tour de Pologne i Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem.

 

BEZ CIŚNIENIA NA ZYSK

Praca pracą, ale dla wspólników Tent Grupy i tak najważniejsze jest latanie.

– Kiedy człowiek jest w powietrzu, zupełnie inaczej żyje. Nabiera drugiego oddechu, jest ponad problemami. To zupełnie inne spojrzenie na świat – uważa Andrzej Ćwikła.

– Przemierzamy ogromne przestrzenie. Wprawdzie balon jest powolny, ale sterowanie nim jest ograniczone i nie wiemy, na którym polu i za którym lasem wylądujemy. To fantastyczne, że udało nam się połączyć pasję z pracą. Ale naszym celem nie jest zarabianie pieniędzy. Najważniejsze to się realizować, bez ciśnienia na zysk – dodaje Władysław Bohojło.

>>

Se Shrekiem na pokraj sil

Se Shrekiem na pokraj sil

Bydlí v bažině, je zelenỳ, neuvěřitelně ošklivỳ a taky dobrák od kosti. Nemůžete si ho splést s nikỳm jinỳm. Veleǔspěšny první díl vyvolal shrekománii, která zasáhla Ameriku, Europu a další kontinenty silou tsunami. Není proto divu, že se na netrpělivě očekávnỳ druhỳ díl distributoři v sousedním Polsku dobře připravili. Uvedení do kin provázela ve Varšavě promotion v podobě hlavních postav, trůnících vysoko nad hlavami chodců.

Když v červnu zahajoval druhỳ díl vítězné tažení Varšavou, navštívili kino i ti, kteří by jinak třeba zapomněli. Na obchodním komplexu Galeria Centrum, ležícím na jedné z nejrušnějších ulic ve středu metropole, film totiž nepřehlédnutelně připomínali Shrek, Oslík a kocour v nadživotní velikosti. První dvě postavy były dílem vỳrobce nafukovadel Tent z Białystoku, třetí je vyroben z polystyrenu.

Nestihneme!?
„Nabídku vyrobit Shreka jsme dostali koncem dubna, hotovo mělo bỳt na konci května… Privní reakcí naší produkční było – To se nedá stihnout!” vzpomìná Andrzej Ćwikła, jeden ze tří spolumajitelů firmy. Jako optimista, zvyklỳ řešit neřešitelné se však nakonec s ostatními spolumajiteli dohodl, že zakázky půjdou. „Ve chvíli, kdy jsme začali Shreka vyrábět, přišel zadavatel s tím, že chtějí také oslíka. Dvě složitá nafukovadla už doopravdy nebylo možné vyrobit za čtyři tỳdny, takže jsme se dohodi, že oslíka dodáme o tỳden později.” Vỳroba Shreka nakonec zabrala rekordní tři tỳdny a pracovali na ní čtyři designéři, čtyři švadleny a produkční.

Poskládanỳ jako puzzle
Zadavatel zakázky, agentura EMPiK Comfort Media, dodala Tentu fotomontáž, na které byli Shrek a oslík umístěni na Galeria Centru, zatím jen virtuálně. To był jedinỳ podklad. „Neměli jsme trojrozměrnou podobu Shreka ani Osla, jen obrázky, takže jsme po velmi rafinowanỳch analỳzách tvarů museli vyrobit pro obě postavičky plastelínovỳ model vysokỳ dvacet centimetrů,” popsal zrození zlobra Ćwikła. „Jeho vytvoření zabralo dvěma designérům asi 10 hodin. Na základě modelu vznikla forma, která była posléze desetkrát zvětšena. Tu jsme následně zkopírovali na polyetylenovu fŏlii s PVC zátěrem, vystříhali jednotlivé díly a sešili je dohromady. Vznikl dva metry wysokỳ nafukovací model, kterỳ zadavatel schválil. Teprve pak jsme začali s „velkỳm” sedmnáctimetrovỳm Shrekem. Podklady pro potisk tkaniny nám udělalo Classic Studio, společnost, která pro nás navrhuje atypické grafiky. Vyšli z naší matrice a vyrobili počítačově zpracovanỳ střih včetně barevného pojednání. Pak už jsme jenom zadali tiskárně nadefinovanou grafiku a potištěnỳ materiál – celkem 150 různỳch částí – jsme vystříhali a sešili. Stejnỳm vỳrobnim procesem prošel o tỳden později i oslík.”

Totálně zničení
Instalace była zahájena v noci z 31. května na 1. června. Jeden ze šěfů, Lech Pobiełło, ještě s kolegou dovezli Shreka około jedenácté večer do Varšavy. „Tady už na nás čekala instalační četa,” popisuje Pobiełło náročnou práci. „Nepovolili nám použtí jeřábu, takže jsme museli zabalené nafukovadlo vytáhnout nahoru vlastními silami. Nebyla to žádná legrace, celỳ balík vážil około 300 kg. Był omotán tolika šňůrami, že vypadal jako obalenỳ pavučinou. Největším problémem však była asi sedmdesát centimetrů vysoká ochranná bariéra, lemující právě tu část budovy, na které je Shrek umístěn. Musela se v jednom místě rozebrat, aby si měl zlobr kam „přehodit nohy”, což trvalo asi hodinu. V průběhu tahání jsme zničili ventilátor, ale naštěstí jsme měli náhradní. Instalace skončila około šesté ráno a my dorazili domů asi v devět, ǔplaně zničení.”

Monika Kuncová

>>

Latająca reklama

Latająca reklama

W drugim dniu targów Euro- Reklama zapraszamy Państwa na konferencję „Balony na podgrzane powietrze, jako nośniki reklamy”. Konferencja organizowana przez MTP i Guma Test z Warszawy została objęta patronatem medialnym przez nasz magazyn. Podczas konferencji zostaną poruszone najważniejsze kwestie dotyczące balonów na podgrzane powietrze oraz ich wykorzystania w reklamie. W gronie wykładowców znaleźli się między innymi: Leszek Piecyk (Guma Test, Warszawa), Andrzej Ćwikła (Tent, Białystok), Andrzej Rogowski (balon Czarter, Gdynia). Konferencja odbędzie się w Sali nr 402 w pawilonie 23 na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, w dn. 9 kwietnia w godz. 11-14.

Z Andrzejem Ćwikłą, właścicielem Firmy Tent ,rozmawia Krzysztof Ośmiałowski

Do kogo kierowana jest Państwa oferta?

Oferta firmy TENT skierowana jest do szerokiej grupy klientów reprezentujących różne dziedziny gospodarki. Z naszych usług korzystają firmy polskie, jak i zagraniczne. Obsługujemy miedzy innymi takie firmy jak: DĘBICA, FIAT, POCZTA POLSKA, KREDYT BANK, PLUS GSM, browary, firmy ubezpieczeniowe, telewizję, radio. Balony reklamowe naszej produkcji „pracują” m.in. na największej krajowej imprezie, jaką jest TOUR DE POLOGNE.

Dlaczego balon, jako nośnik reklamy?

Oryginalność balonów wyróżnia je wśród konwencjonalnych form reklamy. Najlepszą okazją do prezentacji balonów na wolnym powietrzu- niezależnie od pory roku- są miedzy innymi takie imprezy jak: zawody sportowe, rajdy, festyny, koncerty itp. Podczas których zwracają one szczególną uwagę obserwatorów. Należy jednak podkreślić przede wszystkim, iż są to balony standardowe przypominające swym kształtem balony latające. Balony o nietypowych kształtach odwzorowują produkt firmowy np. butelki, opakowania, puszki, telefon komórkowy i wiele innych.

Charakteryzują je duże walory użytkowe np. brama spełniająca funkcje META-START, są łatwe w transporcie, rozstawianiu oraz bezpieczne w trakcie użytkowania z racji tego, iż są one urządzeniami pneumatycznymi.

Pneumatyczne urządzenia rekreacyjne: mini- koszykówka, ścianka wspinaczkowa, boisko piłkarskie, hula-kula (balon- huśtawka), bramka z celnością i pomiarem prędkości strzału- są urządzeniami, z których korzystanie jest bardzo przyjemną i ciekawą formą wypoczynku i zabawy.

Czy ten segment usług reklamowych ma szanse rozwoju?

Firma TENT produkcję swoją zaczynała od balonów standardowych. Nabywanie doświadczenia, wdrażanie nowych technologii i materiałów doprowadziło, iż na dzień dzisiejszy jej oferta obejmuje 7 działów. Jest to dowód na to, że ten segment usług reklamowych się rozwija i wg nas będzie rozwijać się nadal.

>>

Balonowy odlot

Balonowy odlot

„Marzysz, by latać od wieków. Mieć własne skrzydła dla siebie. Chcesz, bardzo słaby człowieku, szybować po jasnym niebie”. Ta pieśń o baloniarzach porusza najskrytszy nerw. To sport dla romantyków, arystokratów, nerwicowców. Różnie mówią. Ich bogami są szaman, czyli synoptyk i wiatr. A wszystko zaczęło się pewnego dnia ponad 200 lat temu, gdy francuscy bracia Montgolfier zauważyli, że falbany rozwieszonej na sznurku, jeszcze gorącej po prasowaniu spódnicy lekko unoszą się ku górze. Doszli do wniosku, że ogrzane powietrze jest lżejsze od chłodnego.

 

 W niebo

Wczesny ranek. Wiatr porusza leniwie konarami drzew, nad łąkami ścielą się wilgotne mgły, pieją koguty na pobudkę. Zaspana załoga – Dariusz Brzozowski i Andrzej Ćwikła, piloci z Białegostoku wyciąga z przyczepy wielką wiklinową gondolę i zwoje materiału, który rozciąga się po polu jak dżdżownica. Do kosza przytwierdzają palnik. Ciszę zakłóca tylko szum puszczanego gazu i buchający, jak z bajek o smoku strumień ognia. Wentylator odpalony. Cielsko balonu podnosi się powoli do pionu i puchnie, puchnie… 200, 300 kg. Jeszcze podskakuje, jeszcze szamocze się na uwięzi i coraz bardziej wyrywa się prawom ciążenia. Chłopaki siedzą już w gondoli. Obijając się o siebie, montują GPS-y (nawigacja satelitarna), kompasy, wiatrometry, mapy, barograf. Brzuch balonu rośnie jeszcze bardziej. Załoga naziemna przytrzymuje liną wielki majdan, wieszając się na koszu całym ciężarem, by nie porwał go wiatr. Palniki zioną. Chwila koncentracji. Ktoś kopie kosz na szczęście, ktoś krzyczy tradycyjne: „Ilość startów na ilość lądowań!”. I w niebo. Beatrice o pojemności 4530 m³ wyrywa się ludziom, jak koń z linii startu po strzale. Andrzej jeszcze z góry podnosi kciuk, że jest OK. Aura sprzyja: lekki wietrzyk, słońce i świetna widoczność.

– Do prawie 8500 m leciało się jak po sznurku – opowiada później Andrzej. – Mijaliśmy samoloty, a pasażerowie machali nam z pokładu. Nagle… To był raczej huk niż syk 98 decybeli, który zwykle towarzyszy palnikom. Nie działały! Kolejne próby i też nic. Zaczęliśmy spadać z prędkością kamienia – 9,2 m/s spadania (5 m/s jest jeszcze bezpieczną szybkością). Dopiero na 5500 m pojawił się tlen i zaczęły działać palniki. Decyzja: co robimy? Wracamy jeszcze raz! „Podajcie nam swoją pozycję!”, pada komenda z Okęcia. „Kontynuujemy na wysokości 5,8 km na północny wschód od lotniska Krywlany!”. Co jakiś czas przypominały mi się słowa sędziego sportowego: „Sprawdzajcie czy wasz barograf tyka”. Przez cały lot dziwnie kojarzył  się on z czarną skrzynką. Za chwilę mieliśmy dotknąć cirrusów. To bardzo nieludzka kraina. Straszliwie zimno (ok. –50 st. C). Oddechy stają się częstsze i krótsze, ruchy kosztują więcej wysiłku, zmęczenie, zawroty głowy, ziewanie. Wracamy! Na 5000 m pozwoliliśmy sobie na gorącą herbatę i czekoladę. Pychota. Wreszcie pierwszy krok na ziemi. Jakby stopami dotykało się całej kuli. 19 października 2001 roku wskazówki wysokościomierza zatrzymały się na 9859 m. Ćwikła i Brzozowski pobili rekord Polski w locie na wysokość.

 

Bitwa o materiał

Andrzej Ćwikła ma za sobą 535 godzin lotu, Tadeusz Bohojło i Leszek Pobiełło też po kilkaset. Tak starzy baloniarze w Białymstoku przeliczają czas. Liczy się obycie w powietrzu. Często śnią im się pytania: „Stary, jaki kierunek? Stary, w prawo czy wyżej?”. – Czasem żona mnie budzi, bo przez sen mówię do balonu: „No skręcaj!” i naginam się, przesuwam jak w koszu – śmieje się Andrzej.

A zaczęło się w latach 70. – Byliśmy z Mańkiem Puszem po pierwszym roku pedagogiki. Niespecjalnie nas to ekscytowało – opowiada Andrzej. – Ja żeglowałem, wtedy po Bałtyku i budowałem na rodzinnym Śląsku pełnomorski jacht. Ale coś nas ciągnęło do Białegostoku. Po piwku rodziły się plany. Może by maluchem dookoła świata pojechać? Albo końmi? Kiedyś Maniek zapuścił pomysł: „A może balon?”.

Następnego dnia ruszyli do aeroklubu i dowiedzieli się, że ten sport jest u nas na wymarciu. Dychały jeszcze w Polsce dwa balony i trzech pilotów. Ledwo pamiętało się przedwojenne czasy, gdy Polska była balonową potęgą i miała mistrzów na miarę Franciszka Hynka i Zbigniewa Burzyńskiego.

– Chcieliśmy kontynuować przedwojenną tradycję – tłumaczą Ćwikła i Bohojło. Ale skąd wziąć sprzęt? Wiedzieli, że balonu nigdzie nie kupią. Nie mieli dolarów, żeby go ściągnąć z Zachodu. Cel się krystalizował: budujemy sami klasyczny gazowiec. Grzańce, czyli balony na ogrzane powietrze dopiero powstawały.

– Pierwsze instrukcje dawali nam przez telefon Stefan Makne i Irek Cieślak z Poznania – opowiadają. – Ściągnęliśmy szczątkową dokumentację balonu Zbigniewa Burzyńskiego – pokazują rysunek, który przechowują w klubowym archiwum. – A pierwsze pieniądze dostaliśmy z Rady Uczelnianej ZSP Filii UW w Białymstoku. Zaryzykowaliśmy, mimo że traktowali nas jak szaleńców.

Prawdziwą walkę stoczyli o materiał.  Był tylko dla wojska i nikt nie chciał nawet gadać o jakimś skrawku tysiąca metrów. Miał charakter tajno-strategiczny i koniec. Zostały dwa sposoby – albo ukraść, albo załatwić spod ziemi. Gdy już załatwili, Andrzej pojechał z nim do grudziądzkiego Stomilu na gumowanie. Zakładowy ZMS podjął się zagumować szmatę w czynie społecznym. Sprawa się jednak przeciągała, aż w końcu jeden z majstrów się zdenerwował: „Jakie tam Zetemesy, k… Przynieście flaszkę po południu, to wam zagumuję”. Potem dziewczyny z Bielpo zszyły 440 kawałków. Pozostał tylko kosz z wietnamskiej trzciny i sieci opalające czaszę. W Polsce żył tylko jeden człowiek, który umiał je robić. Ośmiometrową obręcz nośną kupili cudem i wozili tramwajami, otwierając lufciki i tak cyrkulując, żeby motorniczy nie dostał w głowę.

W czerwcu 1978 roku balon za całe 330 tys. złotych był gotowy. Musieli działać szybko, bo Andrzej zobaczył plakat z balonem w tle, a na nim informację, że na Kubie organizują Festiwal Młodzieży Studenckiej. Władza pomysł kupiła, nie żałując kosztów. Polecieli specjalnym samolotem: Jasio Drzazga, Jurek Zabłocki, Irek Cieślak, Andrzej i Maniek.

 

Dostarczyciel magii

W balonie jesteś zdany na pogodę i swoje umiejętności. Regulując wysokość, szukasz właściwych prądów w powietrzu. – Musisz mieć czuja, reszta to przypadek i to jest właśnie adrenalina. A jak raz wejdziesz do kosza, nie ma odwrotu. Zawsze będziesz marzył o niebie – mówią zawodowcy. Przed lotem czujesz dreszczyk niepewności, potem błogość. Balon na ogrzane powietrze ma tę zaletę, że można go uruchomić z każdego miejsca w 15 minut, a gazowy dmucha się osiem godzin i startuje tylko z punktu, gdzie jest gaz. Choć napełnienie piachem 100 woreczków to ciężka robota, gazowiec jest magią. Cisza w gondoli aż szumi w uszach. Słychać bicie własnego serca, wiatr muska po twarzy, ziemia się oddala… Samochody wyglądają jak pudełka zapałek, a miasta przypominają makiety. – Puszcza Knyszyńska na przykład zmieściłaby się na dłoni – mówi Leszek – Gdy obniży się lot, słychać gwar ludzi, dzwoneczki pasących się krów, szczekanie psa, czasem przemknie łoś – wzdycha Jerzy Czerniawski, trener kadry narodowej, wielokrotny mistrz i delegat Polski w Międzynarodowej Federacji Balonowej – Możesz nawet przejrzeć się w jeziorze. To jest dopiero romantyzm. Najwspanialej jest o świcie. Dotykasz koron drzew, kalenic dachów, gaworzących na gałęziach ptaków. Nie warczysz, nie trujesz spalinami. Tylko się kołyszesz. Tego się nie da zrobić w żadnym statku powietrznym. Przestrzeń, wolność i totalny brak pewności.

– Gdy odbiłam się od ziemi pierwszy raz – opowiada Maja – pomyślałam: gdybym była psychiatrą, wszystkim znerwicowanym przepisywałabym lot na receptę. Zostawiasz w dole krzątaninę. Myślisz jakąś kojącą perspektywą przestrzeni.

Czasem przy lądowaniu kosz wywraca się i ciągnie balon przez pół kilometra. Pędzisz na druty kolczaste. Wysiadasz, całujesz ziemię, idziesz się upić, żeby odreagować i wskakujesz ponownie, bo pasja jest silniejsza niż strach. Maja Zubrzycka, dziś prezes białostockiego klubu, zakochała się w balonach przez przypadek: – Jakaś firma ufundowała lot dla uczestników targów. Jedna osoba nie przyszła, więc chętnie ją zastąpiłam. A potem zrobiłam licencję, żeby dziewczyn nie dyskryminowano, bo niby słabe. To mój sposób na relaks i święty spokój. Balon daje życiu nowe spojrzenie.

Jola Matejczuk trzy razy zdobyła Puchar Świata Kobiet. Też „odleciała przypadkowo”: – Znałam tylko narty. Balon był moim pierwszy „przyrządem do latania”. Kiedy wylądowałam pierwszy raz, klęknęłam,  wypalili mi kosmyk włosów, posypali głowę ziemią, oblali szampanem i kopnęli w tyłek. To był chrzest po, którym zaraziłam się na zawsze, sportem trzech żywiołów: ziemi, powietrza i ognia. Balon to dostarczyciel magii i adrenaliny.

Samolotem możesz zawrócić, tu grasz z wiatrem w szachy. On ruch i ty ruch. Jola rzuciła pracę dla tej pasji. Artur Dzieszkowski w dzieciństwie przeczytał „Pięć tygodni w balonie” Juliusza Verne’a. Zakręciło go na zawsze. Traktuje loty jak walkę z własną słabością: – To trudny sport – ocenia – Musisz wstać o świcie, kładziesz się późno, bo lata się tuż po wschodzie słońca lub tuż przed zachodem. Powietrze jest wtedy stabilne, ziemia nie nagrzana  i wiatr nie szarpie szmatą. Wyrabiasz tężyznę i pokorę. Jak szaman da komunikat, że złe warunki, siedzisz i czekasz nawet kilka dni, bo z żywiołem się nie zadziera.

Dzięki balonom zwiedzili kawał świata – W czasach  socjalistycznych nie każdy tak jak my mógł polecieć do Japonii, Kanady, Izraela – opowiada Tadek.

A nie mieli przecież grosza. Gdy w 1988 roku wyjechali na 200-lecie Australii, mieli 100 dolarów na dwa miesiące. W tamtejszym kościele zbierano nawet na tacę na ich pobyt, bo przyjechali ludzie zza kurtyny. Dzięki temu przemierzyli w tym kraju 10 tys. kilometrów. Kiedy latali nad Morzem Martwym, musieli uważać, żeby nie spojrzeć na beduińskie kobiety, bo można było nieźle się narazić. Najwięcej strachu najadł się Leszek, gdy kiedyś z terytorium Indii wylądował przypadkowo w ambasadzie Pakistanu, prosto na wojskowych z karabinami.

 

Antychrysty lądują

– Pierwszy raz – śmieje się Tadzik – wylądowałem w lesie na wysokich sosnach. Byłem pewny, że tak powinno być, że o to chodzi w zwrocie „miękkie lądowanie”. Potem 30 metrów zjeżdżałem po linach w dół i trzeba było wyciąć trzy drzewa, żeby zdjąć balon.

– Najbardziej  ekscytujące są właśnie lądowania. Nigdy nie wiadomo gdzie wiatr zaniesie. Człowiek z resztą gazu walczy do końca, żeby poczciwie wylądować. Ale czasem zakotwicza na polu kukurydzy, na płocie, dachu, koronach drzew, a nawet na plaży nudystów. Nieraz skóra cierpnie ze strachu, gdy na pole dobiega chłop z wrzaskiem: „Wynoście się z tym namiotem, bo nie zamawiałem w swojej koniczynie cyrku” – Jeden o mało nie porąbał balonu tasakiem. Potem kalkulował, ile się należy za szkody – opowiada Maja.

Balon gazowy w przeciwieństwie do grzańca na palniki chodzi bezszelestnie – Czasem człowiek leci, zniża się na pole, gdzie pracują chłopy i coś do nich zagaduje. A oni się rozglądają po sobie, bo do głowy im nie przyjdzie, że ktoś im nad nią zawisł. A co dopiero baby! Balony przyprawiają je o zawrót głowy – Cisza, spokój, jeden domek od drugiego na kilometr, kobita siedzi spokojnie, podkłada do pieca, a tu gigantyczna bryła okno przykrywa, drób się rozlatuje po podwórku, ryczy bydło, a ona ucieka do sąsiadów, że albo atom puścili, albo antychrysty przylecieli. Nieraz całe wioski się wyludniały. Ci, co mieli „napędy”, motocykle, traktory, wszyscy rwali ufo zobaczyć – śmieją się białostoccy baloniarze – Raz lądujemy i widzimy, że chłop idzie drogą. Wołamy, by złapał linę i nas przytrzymał, żeby po bruzdach się nie tłuc. Chłop zwalisty, jedna ręka w kieszeni, wokół drugiej owinął sobie linę nonszalancko, jakby to był balonik z odpustu i jak nie szurnie po zagonach… Baliśmy się wyjść z kosza, żeby nas nie dorwał. Ten podleciał i krzyczy: „Kurna chata, tu w okolicy nie ma zabawy, żebym nie rozpędził, a taka płachta mnie powaliła!”.

 

„Fosseci” z Białegostoku

Dziś w Białymstoku jest jedyne w Polsce lotnisko balonowe i 12 balonów. Nalatali się po świecie i podpatrzyli, że ludzie z tego nieźle żyją. Założyli firmę Tent, która od 10 lat produkuje balony reklamowe. To uszyją sześciometrową szklankę piwa, to 15-metrowego King Konga na Pałac Kultury i zarobią pasją na pasję, a co najważniejsze – nie mają szefa. – Jesteśmy w czubie, co tu się krygować – wzruszają ramionami.

– To dla mnie narkotyk – mówi Andrzej – codzienność kotłuje się na dole, a ty, myk w górę i problemy masz pod sobą.

>>