Lot po rekord

To był raczej syk niż huk 98 decybeli zwykle towarzyszący spalaniu w palnikach balonu. Moja uwaga skupiła się na nich właśnie. Nie działały!

Czarny scenariusz zdawał się urzeczywistniać. Rozpoczęła się „walka o ogień”. Byliśmy zdani na łaskę piezoelektrycznych zapalniczek, które w temperaturze – 30°C nie podawały iskry. Kolejne próby i nic. Zewnętrzne źródło ognia i też nic. To nie było opadanie- to była jazda w dół. Ze wznoszenia 3 m/s , po kilku sekundach oziębienia płynnie przechodziliśmy z 4 do 5 do 6 …by osiągnąć 9,2 m/s opadania. Powiem tylko, że instrukcja naszego balonu wskazuje 5 m/s jako prędkość bezpieczną.

To było fatalne zrządzenie losu. Po długotrwałym wspinaniu się na 8500 m z powodu niesprawności zapłonu palników, błyskawicznie straciliśmy 3000 m. Dopiero na 5500 m odzyskaliśmy wreszcie kontrolę nad balonem.

Stanęliśmy przed podjęciem decyzji- co teraz robimy?- wracamy, czy próbujemy jeszcze raz?

TAK TO SIĘ ZACZĘŁO

Był czerwiec 2001r. gdy nasze spotkanie w siedzibie klubu TENT zaowocowało decyzją o rekordowym locie wysokościowym. Lista priorytetów została spisana, data lotu- określona. Nazwiska pilotów, kierownika technicznego, sędziego sportowego- ustalone. Jedyna niewiadomą, od której mógł zależeć nasz sukces, bądź porażka, pozostała pogoda. Jak zwykle w takich przypadkach nieocenioną pomocą wsparł nas guru meteorologiczny- Maciej Maciejewski (znany czytelnikom PLAR z pięknych fotografii lotniczych).

PRÓBA PIERWSZA

Miejsce startu- Łomża. Po godzinie lotu podjąłem decyzje o przerwaniu próby. Reduktory zasilające nasze maski tlenowe zablokowały się. Odcięci od tlenu nie mieliśmy szans na lot powyżej 9000 m.

DO DWÓCH RAZY SZTUKA- PRZYGOTOWANIA

Datę kolejnej próby przesunęliśmy na październik 2001r. W północno- wschodniej Polsce występują wtedy dogodne do tego rodzaju lotów, chłodne obszary wysokiego ciśnienia i można się wstrzelić w bezgradientowy obszar, co przy bliskości granicy z Białorusią jest bardzo istotne. Wciąż pamiętamy tragedię jaka, rozegrała się 1996r. w czasie lotu załogi z Wysp Dziewiczych w rejsie Gordona Bennetta, gdy helikopter białoruskich sił zbrojnych zestrzelił balon zabijając obu pilotów. Dwie inne amerykańskie załogi zostały zmuszone do lądowania i były przetrzymywane w areszcie przez ponad tydzień.

Na początku października podjąłem decyzję o użyciu mojego największego balonu firmy Cameron Balloons o pojemności 4530 m³ SP-BAD. Jako drugiego pilota, do załogi wybrałem doświadczonego Andrzeja Ćwikłę.

W czasie planowania lotu balonem najważniejszą sprawą jest określenie masy, jaką może on zabrać na wskazaną wysokość. Moje kalkulacje oparłem na tabelach dostarczonych przez zaprzyjaźnionych pilotów z firmy „Thunder & Colt” z Wielkiej Brytanii. Lot zaplanowałem do 10 000 m nad poziom morza, więc z kalkulacji wynikało, że balon z całym ekwipunkiem i załogą nie może ważyć więcej niż 818 kg. Założyłem, że będziemy wchodzić na pułap ze średnią prędkością 2-3 m/s. Wynikało z tego, że lot powinien trwać 30-55 minut. Nasze zużycie gazu szacowałem na 1,21/min. W związku z tym powinniśmy zabrać ze sobą 45-66 l gazu. Oznaczało to zmniejszenie masy ładunku, jaki mogliśmy załadować do gondoli o 30 kg. Dla porównania – ten sam balon, jeśli założyć, że lot będzie odbywał się w temp. 15°C powietrza i przy ciśnieniu 1013,2 hPa- na wysokość 300 m n.p.m. mógłby „podnieść” brutto 1300 kg.

Kolejnym problemem, przed jakim stanęliśmy przygotowując nasz lot, było uzyskanie stosownych pozwoleń na lot statku powietrznego nie widzialnego na radarach i w dodatek w bezpośredniej bliskości korytarzy powietrznych. Tu bardzo pomogła nam znajomość z pilotem Zbyszkiem Jagodzikiem, który użyczył nam transpondera firmy Schroeder Balloons. Nasz lot nie doszedł by do skutku, również bez pomocy Andrzeja Konstańczuka, który w dzień startu od 7:00 rano do 14:00 zdobywał dla nas kolejne zgody.

Według przepisów do lotu wysokościowego o znamionach rekordu, niezbędna jest obecność sędziego sportowego. W naszym locie towarzyszył nam Tomasz Kuchciński. Natomiast dowodem na osiągnięcie przez nas zamierzonej wysokości miał być zaplombowany barograf skalowany w certyfikowanym zakładzie naprawczym Yalo.

LECIMY

Zgodnie stwierdziliśmy, że spróbujemy odrobić te 3000 m.

-SP-BAD podajcie swoją pozycję- padła sucha komenda z Okęcia. Sięgnąłem po mikrofon.

-SP-BAD kontynuujemy lot z postępem 3m/s około 10 km na północny wschód od lotniska Krywlany. Aktualna wysokość 5,8 km.

Lot praktycznie zaczął się od nowa. Mieliśmy za sobą osiągnięty pułap 8500m n.p.m. O czym przypominały nam 2 puste butle V-30. Nasz aktualny kurs wynosił 060°. Źle to wróżyło naszej wyprawie. Obawialiśmy się, że gdy wejdziemy wyżej i znajdziemy się w strefie oddziaływania silniejszego wiatru niechybnie wylecimy poza granice Rzeczypospolitej. Postanowiłem nie dopuścić do utraty kontroli nad płomieniem. Przeszedłem na procedury awaryjne. Jeden z palników służył jako płomień kontrolny, a drugi- jako główny.

Nabraliśmy prędkości, a z nią nasza wysokość też wzrosła. Wariometry wskazywały wznoszenie  od 3,5 do 4,5 m/s.  Co jakiś czas przypominały mi się słowa naszego sędziego sportowego „sprawdzajcie czy wasz barograf tyka!”. Na szczęście przyrząd pracował, jak potrzeba. Przez cały lot dziwnie kojarzył mi się z czarną skrzynką, taka jak w samolotach i to nie tylko ze względu na swój kolor.

Moja uwaga na chwilę skupiła się na cirrusach, które praktycznie za chwilę miałem dotknąć. Tyle lat marzyłem o locie w tych chmurach i oto wreszcie zaraz miały znaleźć się w zasięgu ręki.

Byliśmy już bardzo zmęczeni. Zwiększyłem dawkowanie tlenu w punkcie skraplania poniżej – 63°C, ponieważ zgodnie z komunikatem meteo możemy się spodziewać temp. – 50°C. Tym razem palniki pracowały bez zarzutu. Około 16:00 osiągnęliśmy pułap 9859 m n.p.m. według wskazań elektronicznego wysokościomierza.

Byliśmy w bardzo nieludzkiej krainie. Było tam straszliwie zimno około -50 °C. Nasze oddechy stały się częstsze i krótsze, a ruchy w gondoli kosztowały nas dużo wysiłku. Zmęczenie i lekkie zawroty głowy zaczęły nam coraz bardziej doskwierać. Postanowiliśmy wracać.

Granica Polski z Białorusią zbliżała się z każdą minutą. W oddali widzieliśmy już Grodno. Pozwoliliśmy, by powłoka na zimno rozpoczęła opadanie. W tym celu przez dłuższy czas nie włączaliśmy palników. Na pułapie 7500 m n.p.m. zrobiło się wyraźnie cieplej, a na 5000 m pozwoliliśmy sobie na kubek gorącej herbaty i czekoladowe cukierki. Pychota!

Nasz komisarz sportowy i załoga naziemna (w składzie Władysław Bohojło, Błażej Ćwikła, Andrzej Koństańczuk, Aneta Karczewska) droga radiową została powiadomiona o naszym prawie idealnie pionowym lądowaniu w okolicach Sokółki. Dokładnie o 16:30 moja „Beatrice” wylądowała 1,5 km od wspomnianej miejscowości, tuż przy drodze nr 18.

Pan Tomasz Kuchciński zabezpieczył barograf i zaznaczył na GPS koordynaty miejsca lądowania. Cała ekipa przystąpiła do pakowania ekwipunku. Potem była czas na szampana i gratulacje, a my poczuliśmy wielką ulgę stąpając ponownie po twardym gruncie.

Dariusz Brzozowski

Od Redakcji: Dotychczasowy rekord Polski wysokości lotu balonem na ogrzane powietrze wynosi 8400 m i należy do Agnieszki Górnej. Prawdopodobnie jego dni są już policzone- wszystko w rękach Komisji AP weryfikującej, czy lot Dariusza Brzozowskiego i Andrzeja Ćwikły odbył się bez jakichkolwiek uchybień formalnych.

Tymczasem członkowie białostockiego klubu TENT zapowiadają już próbę pobicia absolutnego rekordu Polski w wysokości lotu balonem, wynoszącego ok. 12.000 m. Trzymamy kciuki!